Słyszeliście pewnie, że Nas i Hit-Boy w ciągu zaledwie czterech lat wydali dwie trylogie – razem sześć płyt. Nad jedną z nich nawet się już pochylaliśmy. Na pewno też wielokrotnie byliście uczestnikami dyskusji o tym, jak udane są to trylogie, jak rzadka jest taka chemia między artystami i jak bardzo byli sobie potrzebni na swoich etapach karier. Warto jednak zadać sobie pytanie: jeśli „King’s Disease” spowodowało (któreś już z kolei) odrodzenie Nasa, to co ten krążek znaczy dla Hit-Boya? Od sierpnia 2020 Pan Raper wydał sześć albumów. Spoko. Ale Pan Producent oprócz nich zrobił jeszcze solówkę i pięć płyt z innymi artystami, w tym jedną ze swoim starym. Pięć i pół płyty w zasadzie, jeśli liczyć „Detroit 2”. Nie chcę umniejszać jednemu z największych raperów w historii, niemniej wygląda na to, że Chauncey Alexander Hollis Jr. dostał po tamtym projekcie jeszcze większego wiatru w żagle.

Przy takiej podaży kawałków łatwo przegapić perełki. Na wszystkich częściach „King’s Disease” i „Magic” jest łącznie 80 numerów. Dużo. Każdego z tych albumów starałem się słuchać na bieżąco, w okolicach premiery, ale i tak trochę mi się zlały w jedno i dopiero po miesiącach wyłuskiwania odkrywałem swoich faworytów na tracklistach. Nie pomaga, że produkcje Hit-Boya na pierwszy rzut ucha są dość powtarzalne – dopiero któryś z kolei odsłuch przynosi emocjonujące odkrywanie kolejnych warstw.

Dlatego dziś skupimy się na bitach. Tak, wiem – w przypadku tak zacieśnionej współpracy ciężko „oderwać” rapera od producenta. Tyle że topka całych utworów (jak również topka występów Nasa) z obu trylogii wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej. A ja chcę wystawić laurkę Hit-Boyowi, bo go lubię (i tyle, jak by to spuentował Matt). I może trochę dlatego, że mimo że producent też jest współautorem każdego albumu, to wyłącznie facjatę Nasa możemy podziwiać na ich okładkach.

Uwaga numer jeden: żeby każdej płycie dać szansę, ze wszystkich projektów wybieram po dwa podkłady. Uwaga numer dwa: będzie mocno subiektywnie, bo inaczej się nie da.

King’s Disease (2020)

Ultra Black

Nawet nie gadajcie, że nie pamiętacie, jak to wyszło. „Ultra Black” dostaliśmy jako singiel w połowie sierpnia, tydzień przed premierą całego albumu. Lato już się kończyło, ale słońce jeszcze napierdalało w najlepsze. Zupełnie jak w tym bicie – proste, słoneczne pianinko, wakacje, beztroska, driny z parasolką. Nic skomplikowanego? Bynajmniej. Zobaczcie, jak pulsują haty, jak utrzymują w ryzach ten uporczywie synkopowany rytm. Jak niepostrzeżenie, pomiędzy werblami, prześlizguje się odwrócony kick, przekazując pęd do następnego taktu. Na początku nie doceniałem tego niepozornego biciku, a po latach buja jeszcze bardziej niż wtedy. A z ciekawostek: wiecie, że Nas zaczepił Doję Cat tylko dlatego, że rymowała mu się z „Ultra Black”?

The Cure

Generalnie nie propsuję beat switchów. Niszczą klimat, wprowadzają chaos, a do tego zazwyczaj wymieniają lepszy bit na gorszy. Na szczęście w „The Cure”, closerze pierwszego „King’s Disease”, to ten drugi podkład (od 1:23, przewińcie sobie od razu) zasługuje na oklaski i godnie wieńczy album. Zamknięcie potrzebowało czegoś odróżniającego się od reszty płyty – czegoś nostalgicznego, nastrojowego, może z nutą smutku nawet. Dokładnie tym jest druga część „The Cure”. Dobrze, że przygaszono tę bombastyczną perkusję z otwartymi hatami, bo to pozwala wybrzmieć samplowi. A ten jest subtelny i zwyczajnie ładny, nienachalnie chwytliwy. Brzmi jak spuentowanie współpracy Nasa i Hit-Boya, ale w 2023 wiemy, że wtedy dopiero zaczynali.

King’s Disease II (2021)

Count Me In

Jakoś tak wyszło, że oba moje ulubione bity z „King’s Disease II” należą raczej do spokojniejszych momentów krążka i słabo oddają żywszy charakter całości. „Count Me In” koi i tuli swoim delikatnym werblem, kołyszącymi, jazzowymi rhodesami. Najciekawiej jest w refrenie, kiedy perkusja się lekko zagęszcza, a bas zaczyna grać bardzo fajną, trochę funkującą melodię. Ożywia się też sampel i wchodzi z rzeczonym basem w dialog. Przypomina to produkcje Hit-Boya sprzed dekady (pamiętacie jeszcze jego solówkę „HITstory”?) i to jest bardzo ciepłe skojarzenie.

Composure

Kawałek wyjątkowy o tyle, że jedyny ze wszystkich sześciu płyt zawierający całą zwrotkę w wykonaniu producenta. Tu akurat nie będzie dużo pisania, bo nie za bardzo jest co rozkminiać – te upalone dęciaki są tu gwiazdami. To dla nich tego słuchamy. Są wyluzowane, ale gangsterskie i z klasą, noszą garnitur. A bębny zauważyłem dopiero za którymś razem, całość ma tak bardzo drumlessowy wydźwięk.

Magic (2021)

Speechless

„Speechless” otwiera pierwszą część „Magic” i od razu jest klimacik. Odwrócone dźwięki, gitara schowana za nieskończonym echem, odbijająca się po kanałach, jakby obiecywała, że już, już, zaraz się zacznie, mordo, zobaczysz, zaraz będzie. Bas? Owszem, głośny, ale pourywany jak u jakiegoś Scotta Storcha, swingujący jak w „Ultra Black”. Jest tajemniczo i zimno – to akurat zaleta w kontekście płyty wychodzącej w grudniu. Na refren bit się rozlewa, bas zaczyna grać przeciągle, gitara się konkretyzuje. I fajnie, ale ja wracam do zwrotki z tym świetnym riffem wychylającym się z delayowej nory raz na osiem taktów.

40-16 Building

To mój ulubiony bit ze wszystkich sześciu płyt i to tak, że żaden inny nie jest nawet blisko. Ja kumam, wszyscy kochamy eksperymenty, dziwne dźwięki, wykręcone syntezatorki. Ale jednak klasyczny, nowojorski banger z prosto pociętym, wojennym dęciakiem i ciężką stopą to strefa komfortu. I moja, i Wasza, i Nasa. Zupełnie nie przeszkadza, że melodia leci ta sama w kółko przez cały numer, bo po co psuć coś, co tak płynie? Przy czym nadal nie wspomnieliśmy o tych ośmiobitach, którymi Hit-Boy od czasu do czasu orzeźwia aranż. Trzymajcie mnie. Co to jest za połączenie w ogóle, żeby ciężkiego nowojorczyka przyprawić ośmiobitami z jakiejś Contry? To brzmi po prostu bardzo przyjemnie, chociaż na papierze nie miałoby prawa. Szalone, wspaniałe, cmokam z zachwytu.

King’s Disease III (2022)

Hood2Hood

„Klasyczne, nowojorskie bangery” to moja strefa komfortu, ale niejedyna. Inną są rzeczy, które mogłyby się znaleźć w soundtracku gry video. „Hood2Hood” jest właśnie takie – z mieniącym się syntezatorem, napędzane klubowym pulsem, głębokim basem i syreną wyjącą góra-dół-góra-dół od początku do końca. Nie wolno zapomnieć o taborze przeszkadzajek, perkusjonaliów (cykacze!) i innych odwracaczy uwagi. Ciekawostka dla nerdów: tu znowu, podobnie jak w „Ultra Black”, jest odwrócony dźwięk po werblu. I tu pasuje jeszcze bardziej niż tam. Słodkie.

Recession Proof

„Rzeczy, które mogłyby się znaleźć w soundtracku gry video” to moja strefa komfortu, ale niejedyna. Wracamy do NY z lat ’90. I znowu jest prosto i nieskomplikowanie – cała zwrotka jedzie na jebitnie soczystym samplu gitary basowej z plumknięciami elektryka. Na refren motyw schodzi, odzywają się talerze, a rytm ustawia chórek mówiący „u!”. Tym razem nie ma żadnych ośmiobitowych niespodzianek, tylko sampel, perkusja i chórek. I ciężar. Dużo ciężaru, tak jak lubimy.

Magic 2 (2023)

Pistols On Your Album Cover

„Magic 2” zapamiętam jako najsłabszy z obu trylogii, niestety również pod kątem produkcji. Na tle zupełnie nieimponujących kolegów z tracklisty zdecydowanie najjaśniej brzmi „Pistols On Your Album Cover”. Rhodesy z intra zapowiadają, że będzie raczej spokojnie, relaksująco, do ululania. A tu niespodzianka – po ośmiu taktach wchodzi perkusja, naturalna i przestrzenna, bardzo dynamiczna, z pędzącym hatem i solidnym werblem. Sekundę temu chciało nam się spać, teraz skaczemy po całym pokoju i jesteśmy jak najdalej od senności. Przy czym rhodesy w tle przygrywają sobie dalej, niewzruszone tym, co się w międzyczasie zadziało. A na outro jest jeszcze trąbka! Ten album zdecydowanie potrzebował takiego oddechu.

Abracadabra

Długo się zastanawiałem, który bit wyróżnić jako „ten drugi” z „Magic 2”, bo większość z nich trzyma, nazwijmy to, równy poziom. Finalnie wybrałem „Abracadabra”, bo ma mięsistą 808kę na zmianę z westcoastowym basem, szkoda, że zaraz się urywają. Nic to, przejdźmy do ostatniej części „Magic”, tam będzie znacznie ciekawiej.

Magic 3 (2023)

Fever

No i jest ciekawiej, już od openera. Bit sunie szybko i powolnie jednocześnie, melodia raczej prosta, ale to obniżenie stroju na koniec drugiego taktu trafia w środek tarczy. Stopa uderza nerwowo, wtóruje jej bas – kroczący miarowo, ale też lekko rozedrgany (czy ja tam dobrze słyszę, że nuty grają naprzemiennie jedna trochę dłuższa, jedna trochę krótsza?). W międzyczasie mamy jeszcze urywki z „Represent” i smętny sampel skrzypcowy. Oba teleportujące nas do… tak, do jednej ze stref komfortu, bynajmniej nie tej związanej z gierkami. Na koniec pozostaje tylko jedno pytanie: kto pozwolił Nasowi dograć to nucenie na koniec?

Sitting With My Thoughts

Wrzesień 2023 (a więc miesiąc premiery „Magic 3”) był w Polsce rekordowo gorący. Nie jest to oczywiście powód do radości, bardziej prognostyk klęsk w przyszłych latach. To samo napierdalające słońce, które w sierpniu kojarzyło się z drineczkami, we wrześniu kojarzy się z nieurodzajną pustynią. Rymuje się to dobrze z faktem, że „Magic 3”, ostatnie CD z serii, jest tak poważne i smutnawe w porównaniu do beztroskiego „King’s Disease”. W „Sitting With My Thoughts” znów atakuje mieniący się syntezator, jak w „Hood2Hood”, ale tym razem nie ma klubowego pulsu. Melodie są przeciągłe, nocne i nostalgiczne. W sam raz do zmizerniałego patrzenia w czarne niebo. Na koniec wchodzi jeszcze monumentalny Hammond, wszyscy stają na baczność. Wiem, że ostatnim numerem na „Magic 3” jest podsumowujący współpracę Nasa i Hit-Boya „1-800-Nas&Hit”, ale to „Sitting With My Thoughts” brzmi jak idealny zamykacz. Płyty, trylogii, artykułu i w ogóle wszystkiego.