Wstęp

Myślałem, że 2019 był zajebisty dla fanów Yelawolfa. Tamtego roku nasz ulubiony (no dobra, mój ulubiony) redneck wypuścił aż trzy projekty – „Trunk Muzik III” zamykający kontrakt z Shady, „Ghetto Cowboy” jako longplayowy debiut we własnym Slumerican, a do tego dostaliśmy jeszcze dokładkę w postaci kolejnej EPki z Cubem, kolegą ze wspomnianego labelu. Tak, 2019 zdecydowanie napawał optymizmem po paru niefajnych latach u Yeli – okolice połowy minionej dekady minęły mu pod znakiem obrażania się na świat, kończenia koncertów przed czasem, zrywania z żoną, walki z alkoholizmem, wracania do żony oraz śmierci Shawty Fatta, przyjaciela z dzieciństwa (w wyniku tego zdarzenia Michael Wayne Atha na krótko porzucił pseudonim, ale potem mu się odwidziało i kiedy wrócił, to znów jako Yelawolf).

Po takiej mozaice chujozy i dłuższej przerwie wydawniczej można było z niepokojem myśleć o przyszłych dokonaniach Michaela Wayne’a Athy, szczęśliwie wspomniany 2019 wydawał się na dobre zamykać ten przykry okres. W trakcie trasy po Europie na początku 2020 wyglądało na to, że u naszego bohatera już wszystko cacy, niestety rzeczona trasa została przerwana po kilku koncertach – wszyscy wiemy, przez co.

Pozbawiony występów na żywo Yelawolf, ku niczyjej niespodziance, zamelinował się w studio. Słuchając lutowego „Yelawolf Blacksheep” nagranego wespół z Caskeym towarzyszyło mi satysfakcjonujące poczucie w stylu „aha, a więc to tym się zajmował w czasie lockdownu. No fajnie, fajnie”, ale nie byłem świadomy, że to jedynie przystawka. Pod koniec marca Yela zapowiedział „April Onslaught” – cztery nowe wydawnictwa, po jednym na każdy tydzień przeplatającego aurę miesiąca – tym samym wywracając na lewą stronę moje kwietniowe plany muzyczne. Trzy pierwsze płyty to EPki z ziomkami, ostatnia – solowy długograj.

Nie ma więc jeszcze nawet połowy 2021, a już zostaliśmy obdarowani pięcioma (wliczając „Yelawolf Blacksheep”) tegorocznymi projektami od bossa Slumerican. Da się lepiej? Okazało się, że 2019 dla fanów Wolfa był jedynie dobry, zajebisty jest dopiero 2021.

Jako że każde z wydawnictw zostało nagrane z innym koleżką i obraca się w odmiennym od reszty klimacie – jest o czym pisać i rozmawiać, jest się też o co pokłócić, bo każda pozycja wydaje się skierowana do słuchaczy o różnych gustach. O ile generalnie nie szalikuję łapania wielu srok jednocześnie, o tyle w przypadku „April Onslaught” rozbicie tej grubej dawki muzyki na cztery zwarte projekty było mega pomysłem. Wszyscy już zresztą zdążyli chyba zauważyć, jaki ze mnie sajko Yelawolfa, więc może pozwólcie, że nie będę się rozwodził nad tym, jak niesamowitej wszechstronności wymaga taki zabieg i po prostu przejdę do gawędy o każdym projekcie.

Riff Raff x Yelawolf – TURQUOiSE TORNADO EP (09/04)

Jako pierwsze wjechało „TURQUOiSE TORNADO” (nie chciało mi się google’ować, dlaczego wszystkie tytuły są zapisane all capsem, ale z pominięciem litery „i” – może ktoś wie?) i no nie ukrywam, miałem duże obawy co do tego wydawnictwa. Singlowe (i, jak się okazało, zamykające całość) „MiLLiON DOLLAR MULLET” zostawiło mnie z mocno ambiwalentnymi uczuciami – bit zachowuje się, jakby oczekiwał, że w 2021 wobble zrobią jeszcze na kimś wrażenie, a raperzy nawijają raczej obok siebie niż ze sobą. Tyle dobrze, że mają śmiechowe linijki.

Całe „TT” jest lepsze niż singiel i zarazem gorsze niż bym sobie życzył. Główny zarzut – nie mam wrażenia, że między panami jest jakaś wybitna chemia. Być może jestem rozpieszczony wspomnianym „Yelawolf Blacksheep” z lutego, na którym Catfish i Caskey brzmią, jakby zestroiło ich ze sobą tysiąc spalonych blantów i studnia wychlanej łychy, ale naprawdę na EPce z Raffem nie za bardzo słychać jakąś wspólną zajawkę. Większość numerów brzmi jak kawałki Yelawolfa z doklejonymi wejściami Riff Raffa („MOSSY OAK”, „ALCOHOL & WEED”, chociaż w tym akurat songu koledzy bardzo fajnie przejmują po sobie schemat rymów w kolejnych wejściach) lub odwrotnie – kawałki Riff Raffa z doklejonymi wejściami Yelawolfa („TiP TOE 4” – o którym kolega Offcheck napomknął tutaj – czy „HUMAN LAMBORGHiNi”).

No ale ja sobie tu mogę narzekać na brak jakiejś mitycznej chemii, ale jak mnie ktoś zapyta, co zostaje po odrzuceniu tej, yyy, ideologicznej nadbudówki, to odpowiedź brzmi: bangery w sam raz na imprezę dla przećpanej młodzieży. W sumie jak cała dyskografia Riff Raffa. I to w niej „TURQUOiSE TORNADO” wydaje się bardziej na miejscu niż w dysko Yeli. Nawet producenci (poza DJem Pawłem) są bardziej ze świata imprezowicza z Houston.

Mamy zatem open track z basami masującymi bebech, kawałek dalej prym wiodą niepokojące pianinka rodem z „Floating” ScHoolboy Q rzężące pod najlepszym na płycie refrenem (by Riff), na jeszcze dalszych indeksach czeka trochę syntezatorowego clubbingu sprzed czterech dekad („TiP TOE 4”) i parę typowo południowych tematów pod zmywanie naczyń na kwasie. Pod kątem rapowym warto zwrócić uwagę zwłaszcza na to, jak Raff po kombinacji pogubionych linijek puentuje ostatnią zwrotkę w „TiP TOE 4” i na to, jak Yela budzi się (i wszystkich naokoło) na koniec „Moncler Jacket”.

Podsumowując – spodobały ci się poprzednie płyty Raffa, spodoba ci się i ta. Szukasz czegoś do puszczenia w furze i/lub przy grupce znajomych – to też czuj się zaproszony. Jeśli zaś nie przepadasz za Raffem i wolisz, kiedy to Yela błyszczy, a do tego nie do końca po drodze ci z kokainowym południem, to śmiało odpuść sobie znajomość z „TT”.

Yelawolf x DJ Paul – Slumafia EP (16/04)

Śmieszna sytuacja. „TT”, na które nie czekałem, ostatecznie okazało się w porządku projektem, w przeciwieństwie do EPki „Slumafia”, na którą bardzo sobie ostrzyłem zęby.

Yelawolf i DJ Paweł to starzy znajomi – za dwa lata stuknie im dekada od pierwszej wspólnej płyty (EP „Black Fall” wydana na Halloween 2013) i w trakcie tych ośmiu sezonów panowie wielokrotnie się przecinali tu i ówdzie, przeważnie z dobrym skutkiem. Zresztą na wspomniany projekt „Black Fall” do dziś mam miejsce w serduszku. To było fajne wydawnictwo, delikatnie inspirowane rockiem (na samplach między innymi Black Sabbath), wypełnione trapowymi bangerami i, zgodnie z datą wydania, celujące w halloweenowe klimaty. Akurat ten ostatni element jest mi najbardziej obcy i szkoda, że to właśnie na niego autorzy położyli nacisk tym razem, przez co „Slumafia” jest płytą ewidentnie nie dla mnie.

Bity – przygotowane przez DJa Pawła z pomocą TWhy – są minimalistyczne i niepokojące. Czasem ciężkie, za to zawsze surowe i tak suche (w kontekście brzmienia, w przeciwieństwie do „soczystych”), jak tylko trapy potrafią być. Wszystkie zawierają jakieś dziwne dźwięki pilnujące, żebyśmy nie czuli się zbyt komfortowo – raz to horrorowe pianinko do wtóru alarmopodobnego syntetyka („Trans Am”), raz rozmyte, nisko grające smyczki („Tote the Bag”), raz jakieś przeciągłe wycie („Lucchese”), a raz dziwne, nieokreślone odgłosy („Super Geek”). Oczywiście wszystko powyższe dzieje się w tle, bo pierwszy plan okupują pustynne haty i przesadzone basy.

Jak w tym klimacie odnaduje się Yela? Wpasowując się – nie przełamuje tej minimalistycznej repetetywności, raczej się z nią zlewa. Nie idzie w „mumble”, choć mamrocze, mamla słowami prowadząc głos nisko. Flow lawiruje, jest odpowiednio precyzyjne do tego typu podkładów, ale nie nazbyt efektowne, bo to by zabiło klimat, choć w open tracku pozwala sobie na odrobinę nienachalnej ekwilibrystyki. Oznacza to tyle, że gadka klei się do bitów jak należy. A że mam problem z całą konwencją, to już inna bajka.

Parę rzeczy irytuje. Na przykład to, że najciekawszy bit na płycie DJ Paweł przeznaczył dla… siebie samego. „Tote the Bag” przez większość czasu działa usypiająco, ale wybucha na zwrotce rapowanej przez producenta – czaruje klimatyczną melodią i zyskuje na dynamiczności. Smuci zmarnowany potencjał tytułowego tracka będącego posse-cutem z ziomeczkami ze Slumerican. W założeniu zapewne miał to być wymiatacz, niestety w ogóle nie słychać, żeby ekipa fajnie się ze sobą czuła. Piosenka trwa sześć minut, z czego ostatnie trzy zajmuje solowa zwrotka Yelawolfa, a pozostała szóstka raperów tłamsi się w pierwszej połowie. Przywodzi to na myśl Eminema mordującego grupowe kawałki za pomocą długaśnych zwrotek wieńczących wspólne numery – tak jakby cała reszta ekipy była tylko supportem dla Pana Domu i jego ogromniastego ego. Obie te nie przystające do siebie części (w sensie, Mistrza Ceremonii Yelawolfa i sześcioosobowego mięsa armatniego poprzedzającego jego wejście) przecięte są bardzo koncertowym refrenem DJa Pawła, który finalnie okazuje się wcale nie refrenem, tylko rozczarowującym parosekundowym interludium. Jezu, czemu tu kumuluje się aż tyle złych decyzji?

I kiedy po siedmiu numerach nieekscytującego bujania w minimalistycznych obłokach wjeżdża ostatni, ósmy kawałek – to jak nagła tuba na uśpioną głowę. „Head Banger” nie wychodzi z horrorowej konwencji, ale pod kątem mocy jest zupełnym zaprzeczeniem całej reszty płyty – to intensywny, kwaśny bad trip, z dzikim, pierdzącym basem, natarczywymi odgłosami wystrzałów i szalejącymi hatami. Wchodzi to wszystko bez ostrzeżenia, dopadając zaskoczonego słuchacza i rzucając nim o ścianę zanim ten ogarnie sytuację, gościnnie meldują się Caskey i Pretty Shy, a Yelawolf drze ryj jak w jakimś „Growin' Up in the Gutter”.

Mam wrażenie, że cały ten nudnawy projekt powstał tylko w tym celu, żeby „Head Banger” mógł wejść i posprzątać na koniec. No ale tak jak mówiłem – „Slumafia” zawiera muzykę bardzo nie w mój gust i jest moim najmniej ulubionym yelawolfowym wydawnictwem z kwietnia 2021. Jeśli natomiast lubisz takie okołohorrorowe tematy, to śmiało się częstuj, bo klimat jest gęsty, a Yela z DJem Pawłem konsekwentnie zrealizowali wspólną wizję – właśnie tak to miało brzmieć.

Druga część tekstu – a w niej parę słów o „Mile Zero” i „Mud Mouth” – tutaj!