Mada to jeden z tych raperów, któremu zawsze chodzi o coś więcej. Każde kolejne wydawnictwo jego autorstwa tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Album Chropowato, wydany chałupniczo, acz z pomysłem, w formie nienależącej do najgładszych. Rozmyślnie zrealizowany niespokój, podzielony na dwie części, gdzie każda z nich została wyprodukowana przez jednego producenta. A teraz otrzymujemy płytę Aoshima, odznaczającą się niezwykle ciekawym konceptem. Warszawski raper nie nagrał płyty o japońskich wyspach, choć wykorzystanie jednej z nich jako tytułu jest akurat celowym zabiegiem. Aoshima, na której zamieszkuje więcej kotów niż ludzi, precyzyjnie sugeruje, o czym jest ten album. Nie uczestniczę w odwiecznym sporze pomiędzy miłością do psów lub kotów, a moja jedyna styczność z futrzakami ogranicza się tylko do kreskówki Łebski Harry, ale dzięki Madzie dowiedziałem się nieco więcej o tych zwierzętach. I o nim samym.

Mada i opowieści o kotach

W całej twórczości Adama jest kilka stałych punktów, które możemy przypisać do Aoshimy nawet w ciemno, jeszcze przed odsłuchem. Warszawiak to wybitny tekściarz. Nie spodziewajmy się więc na płycie nijakich wersów. A jeśli już usłyszymy jakieś prostackie słowo lub niespodziewanie rzucony wulgaryzm, wynika to raczej z umyślnego zastosowania, a nie ubogiego wokabularza. Mada opanował do perfekcji również rzemiosło follow-upu. Te pojawiają się tutaj dość często, choćby w refrenie Nalewki. Reprezentant WCK generalnie w swoich tekstach jawi mi się jako zamyślony chłopak z warszawskich blokowisk, lubujący się w głębokich rozważaniach, ale i potrafiący rozbawić słuchacza. Uśmiechnąłem się przy żarcie o płycie w konwencji freestyle z Ryfą Ri, która nagle nawinęła krótką zwrotkę „na wolnym”.

Za szczyt zabawy słowem uważam zwrotki Mady z numeru Remont u Guest Julki i w Ej! na wspólnej płycie z Ryfą. Aoshima nie zawiera aż takiej ekwilibrystyki i… słusznie, ponieważ zachwyca czymś innym. Tego typu zabiegi, choć imponujące, często są przede wszystkim zabawą i pokazem umiejętności. A czasami niestety sprawiają, że sens wypowiedzi gdzieś się zatraca. Autor nie mógł do tego dopuścić. Wszystkie numery ma przemyślane. Te, w których rzeczywistość ukazana jest z kociej perspektywy. Te, będące swego rodzaju memoriałem dla kotów. Czy w końcu te bardziej marzycielskie o poszukiwaniu kota, spełniającego życzenia. Goście również zachwycili i dopasowali się do koncepcji – czy to wiecznie świeży Tede, czy zabawny jak zwykle Bryndal.

Kocia muzyka?

Mada do współpracy nad warstwą muzyczną Aoshimy zaprosił praktycznie tylu producentów, ile jest utworów. Mimo tak licznej obsady, album brzmi spójnie. Brzmienie tych beatów jest ciepłe i kojące. Niektóre kojarzą mi się z Jazzmatazz czy moim ulubionym okresem w historii hip-hopu – twórczością Soulquarians. Nie wyobrażam sobie lepszego tła do tych opowieści. Może poza Pić, jeść, spać czy Piękny, czarny skit, które są zbyt agresywne i nieco zaburzają wrażenie spójności tego materiału. Wynagradzają to jednak produkcje choćby Rane. Jego Swawole skit mogę słuchać w nieskończoność.

Ciekawym zabiegiem jest tutaj właśnie umieszczenie skitów. To nie zapychacze od czapy jak w latach dziewięćdziesiątych. Nawet cytaty z filmów, seriali i bajek czemuś służą. A często są to partie instrumentalne, dające przestrzeń i chwilę oddechu od jakby nie było wymagających numerów Mady. Dzięki temu z kolei możemy odnieść wrażenie, że Aoshima nie jest klasycznym rapowym albumem. Do tego świetne występy DJ-ów Lolo i ekipy Needlework Scratch Crew, które mogłyby zostać zgłoszony do następnego czempionatu DMC. A także doskonałe partie śpiewane w wykonaniu Fasoli, Kuby Knapa, Grubego Józka czy duetu Córy (wliczając w to chórki Ryfy i Kickmatica). Wszystko to sprawia, że Aoshima to album niby stricte rapowy, a jednak przepełniony muzyką.

Mada to nie syty kot

Pamiętam jak wychodził singiel Piękny, czarny skit. Pomyślałem wtedy, że jest oryginalny, inny, wyróżniający się, ale kompletnie nie singlowy. Uznałem decyzję Mady za niezrozumiałą, choć sam nawet nie wiedziałem do końca co dokładnie ów numer promuje. Dzisiaj, po przesłuchaniu Aoshimy, wszystko to nabiera sensu. To jeden ze skitów, będący nierozerwalną częścią czegoś większego. Całości, która właśnie między innymi bez takich elementów zatraciłaby swój sens, urok, sznyt. Najnowszy album Mady to dzieło przemyślane, nagrywane na przestrzeni kilku lat. Wiele musiało się zmienić w jego życiu od rozpoczęcia prac nad płytą. To normalne, naturalne, taka kolej rzeczy. Jedno natomiast się nie zmieniło. Mada znowu nagrał płytę, która nie jest zbiorem przypadkowych piosenek. Wciąż czuć u niego głód mikrofonu i chęć eksplorowania, szukania nowych rozwiązań. Nie jest sytym kotem, bo jemu zawsze chodzi o coś więcej.