W życiu warto być gotowym na pytania, których nigdy nikt nie zada.
Odkąd mój mózg się w pełni ukształtował i przestał fascynować romantyzacją żulerskiego życia przez Charlesa Bukowskiego (co nie oznacza, że nadal nie cenię jego pióra), nie miałem odpowiedzi na pytanie: kto jest moim ulubionym pisarzem (nie to, żeby ktokolwiek kiedykolwiek o to pytał)? Posiadam w mieszkaniu całe katalogi konkretnych autorów, ale żadnego z nich nie byłem w stanie wskazać jako faworyta/faworytki, lidera wyścigu. W tym roku, w połowie lektury zbioru esejów Widzi mi się uznałem, że czas spojrzeć prawdzie w oczy i potwierdzić werbalnie myśl kołaczącą się od kilku lat: Zadie Smith jest moją ulubioną pisarką. Wtedy przyszły kolejne myśli, o które nikt nigdy nie pytał. Za co tak naprawdę kocham jej twórczość? Podoba mi się wiele cech charakterystycznych dla jej książek, ale w przypadku większości z nich bez problemu można wskazać autorów, którzy skuteczniej, efektywniej czy też z większym polotem wcielają je w życie. Co więcej – żadna jej książka nie wzbudziła mojego jednoznacznego, absolutnego zachwytu. Mimo to „czytanie Zadie” za każdym razem jest świętem. To jej książki zostawiam na dni relaksu, to z nią celebruję samotny odpoczynek ładujący introwertyczne baterie, jej dzieła to najważniejsze zakupy w stosie nowości przyniesionych z miasta. Swoje, jakże arogancko i bezlitośnie już na tym etapie skupione wyłącznie na sobie, rozważania zacząłem więc zgłębiać, szukać logicznych odpowiedzi na pytanie stanowiące tytuł niniejszego tekstu.
Pierwszą książką Smith, jaką przeczytałem, było Swing Time – ponoć uznawane raczej za średnią półkę w jej katalogu. Ujęło mnie to, jak szybko autorka pozwoliła mi zatopić się w świecie przedstawionym w dziele. I nie mam tu na myśli jedynie zaznajomienia z bohaterami. Książka sypała referencjami muzycznymi i popkulturowymi, które oczywiście natychmiast przyciągnęły moją uwagę – Public Enemy, Michael Jackson, Rakim, Nowy Jork, Londyn, lata 90.. Artyści i otoczenie symbolizowali przemiany głównej bohaterki, etapy jej życia oraz zmiany społeczne – motywy wielu dzieł Zadie Smith, wyrażane w różnych książkach przez inne elementy literackie. Oczywistym wydaje się być stwierdzenie, że „ludzie lubią to, co znają” – w moim przypadku tak też działają te kotwice kulturowe. Znam doskonale hip-hop z lat 80. i 90., więc ta stylistyka, te nawiązania, ta wrażliwość – będą do mnie trafiać najskuteczniej. W każdym profilu Zadie Smith znajduje się wzmianka o jej uwielbieniu dla złotych lat kultury hip-hopowej. Zatem jeżeli ukształtowały nas te same wpływy – naturalnie powinienem rozumieć jej język. I to faktycznie działa. To był haczyk, który połknąłem i który skłonił mnie do sięgnięcia po kolejne książki Smith.
Uwielbiam namacalność, energię i ekspresję jej prozy. Niewielu znanych mi autorów ułatwia do tego stopnia „wczucie się” w czytaną książkę – tempem, humorem, inteligencją, wyrazistością czy wymienionymi wcześniej kulturowymi „kotwicami”, uniwersalnymi punktami odniesienia, dzięki którym umysł natychmiast może zbudować krajobraz danej sceny. Na jeszcze wyższy poziom wyniósł to w ostatnich latach Caleb Azumah Nelson, z dziełami którego również gorąco polecam się zaznajomić. Ze stron jego nowel wręcz czuć zapachy, i temperaturę powietrza, słychać muzykę, widać kolory. Smith operuje dynamicznym językiem, często łączącym określenia potoczne z akademickimi, ściągającym „intelektualizm” do poziomu ulicy, wręcz otwierający nam zakamarki „wyższego” świata. Ironia i poczucie humoru dodatkowo zdejmują zadęcie z tematyki i postaci, które w rękach innego autora mogłyby wyglądać snobistycznie i karykaturalnie. Lubię to. Duża część świata akademickiego zawsze wydawała mi się brać siebie zbyt poważnie. Gdy Smith przekuwa balonik powagi, przypomina to dobroduszne, pełne gracji zdmuchnięcie tupeciku bufonowi w monoklu. Ręce same się składają do oklasków. Ta mgiełka humoru towarzyszy większości jej tekstów. Aż „mgiełka” i zaledwie „mgiełka” – bo jej celem nie wydaje się kompletna dyskredytacja akademii. Jest jej częścią – wykłada w NYU, ukończyła King’s College w Cambridge, jest członkinią The Royal Society of Literature (RSL). Używając metafory sprzed dekady – jebie policję, ale tak na ok. 50%. Dla mnie wystarczy, chociaż czasem aż prosi się o mocniejsze przypieprzenie.
Kliszą powtarzaną niemiłosiernie często w tekstach o kulturze jest „miasto jako oddzielny bohater”. Czy to Gotham City w animowanym Batmanie, Tokio w Między Słowami, Macondo w Stu Lat Samotności czy Nowy Jork w Taksówkarzu. W dziełach Zadie miasta nie są opisywane aż tak plastycznie, ale ich rytm, atmosfera i życie: interakcje głównych postaci z pobocznymi, czy w ogóle incydentalnymi, rysuje wyrazisty obraz, uzupełniany szczegółami – do których autorka przykłada wyjątkową wagę. Szczególnie ujęło mnie to w Londynie NW – dziele przedstawiającym konkretną dzielnicę stolicy Wielkiej Brytanii. Czwórka głównych bohaterów dorastała w tej samej okolicy, chodzili do tej samej szkoły, a ich dalsze, dorosłe losy stanowią fundament opowieści o zmianach, poszukiwaniach, identyfikacji i adaptacji. Sklepy i chodniki dzielnicy się zmieniały, akcent krzyków za oknem się zmieniał, miasto się zmieniało, każda z postaci również. Gentryfikacja, lokalny patriotyzm, losy emigrantów to tematy wdzięczne do opisywania, pozwalające na ukazanie kolorytu multikulturalizmu i wzajemnego wzbogacania się odległych od siebie kultur, obecnie często bezwzględnie rozwadnianych przez dyskretnie narzucane społeczeństwu korporacyjne szablony życia. Smith robi to w dobitny sposób, ale też doprawiony sentymentem, smutkiem oraz, nadal nieodłącznym, humorem.
Lubię też jej sposób patrzenia na świat. Wbrew aktualnym trendom, Zadie Smith nie ma tendencji do popadania w skrajność. Hasełka, którymi żywią się wojownicy mediów społecznościowych, seksowne do podawania dalej uogólnienia, diabolizujące konkretne grupy społeczne (miejmy jasność: po obydwu stronach aktualnych sporów politycznych i społecznych) – z biegiem czasu i zdobywaniem doświadczenia wydają mi się banalne i wycelowane w okazywanie wyższości moralnej. Obecnie odnoszę wrażenie, że powoli odchodzi się od wzajemnego wyżynania w dyskusjach internetowych w imię chociażby przynależności do mniejszości seksualnej lub patriotyzmu, ale przyznać należy: jeszcze kilka lat temu większość z nas popadła w ten trend. Na pewno takie umiarkowanie w poglądach, wstrzemięźliwość w osądach stanowi dla wielu synonim nudy i tchórzostwa. Trudno, przyjmę na klatę – daleko mi do rewolucjonisty.
Wydaje mi się, że powyższe tłumaczenia nie oddają jednak sedna sprawy i realnego powodu, dla którego (przynajmniej z mojego doświadczenia) dany artysta staje się „ulubionym”. Możemy sobie wymyślić miliard logicznych uzasadnień, ale najbardziej oczywistym i rzeczywistym wydaje się nieokreślona sympatia – najpospolitsze, ludzkie „lubienie” kogoś. Czynnik odczuwania przychylności wobec artysty – czy z powodu okazywanych publicznie cech charakteru, osiągnięć w ciągu kariery, atrakcyjności fizycznej lub innych powodów. Podmioty liryczne, charakter twórczy, wyrażane poglądy Zadie Smith najzwyczajniej w świecie wzbudzają moją sympatię. Lubiłbym ją czytać, nawet gdyby nie była tak wprawną pisarką. A że oprócz tego faktora X, potrafi tworzyć wspaniałe rzeczy – planety układają się dla mnie w jednoznaczne uwielbienie.




