Świat się zmienia, czytelnik się zmienia, ja się zmieniam. W pogoni za klikami media opiniotwórcze łapią się wszystkiego, byleby nie ugiąć się pod ciężarem contentu generowanego przez Maszynę. Nie mogę zmienić artykułu w wertykalny filmik z moją twarzą i trzymanym między kciukiem i palcem wskazującym tycim mikrofonem, ale mogę wykorzystać nośne dziś ramy oceny, dzięki którym tekst będzie łatwiejszy i w pisaniu, i w czytaniu. Stąd wpadłem na pomysł, żeby moja fotorelacja z koncertów tegorocznego OFF Festivalu przybrała formę tierlisty.
Żeby było wiadomo, z czym to się je, wytłumaczę wam, z jakich stopni (tierów) będzie się składać lista w tym artykule:
– miazga – wyjątkowe festiwalowe przeżycie
– klasa – wyśmienity występ
– dobrzejes – dobrzejes
– w porząsiu – było okej
– kwasik – mieszane uczucia
– dość – koncertowe nieporozumienie
Na OFF Festivalu 2025 widziałem w całości lub częściowo trzynaście koncertów. Omówię je pokrótce w kolejności chronologicznej i przyporządkuję do konkretnych stopni. Przed tekstem obejrzycie moje zdjęcia z festiwalu. Wszystkie zrobione lustrzanką cyfrową, chyba że w podpisie wskażę inaczej.
DZIEŃ PIERWSZY: PIĄTEK
Los Campesinos!



Wdarłszy się na teren OFF-a, od razu ruszyłem – nieco spóźniony – na mój pierwszy koncert festiwalu. Nie wiedziałem o Los Campesinos! wiele. Właściwie tylko tyle, że to zespół rockowy, który, największe sukcesy odnosił, zdaje się, na początku swojej działalności pod koniec lat zerowych. Ich przepis na indie granie znacząco różni się od dzisiejszego, co wcale nie musi oznaczać, że jest lepszy. Ich występ na żywo skłania jednak do takich przemyśleń. Doświadczeni milenialsi z Walii zaprezentowali bowiem muzykę odświeżająco przebojową i bezpretensjonalną. Ich solidny, niewymagający wcześniejszego zaznajomienia się materiał oraz kontakt z publicznością sprawiły, że to było dla mnie nie tylko przyjemne, ale przede wszystkim lekkie doświadczenie koncertowe.
Tier: klasa
Nilüfer Yanya


Każda osoba spytana o to, czy słuchanie muzyki na żywo jest inne od słuchania nagrań, odpowie ci, że zdecydowanie tak. I zazwyczaj tak jest, ale na koncercie Nilüfer Yanyi tego nie poczułem. Bardzo sobie cenię tę artystkę, ale poszedłem na jej występ z oczekiwaniem, że uniknę uczucia stopniowej utraty zainteresowania i uwagi, które towarzyszy mi podczas słuchania jej płyt. Po kilku hitach na początku okazało się jednak, że większość repertuaru stanowić będą piosenki, które chce mi się skomentować tylko słowem „międlenie”. Bo jakkolwiek by one nie były sympatyczne i jakich wartości artystycznych by im nie odmawiać, od strony zarówno materiałowej, jak i wykonawczej zawierały za mało energii, by wziąć mnie „na żywioł”. A w tym przypadku chyba tego potrzebowałem.
Tier: w porząsiu
Kneecap




Pewny hit festiwalu okazał się pewny. Znani mi przede wszystkim ze swojej przećpanej biopikowej komedii Irlanczycy przybyli na festiwal z muzyczną propozycją nie do odrzucenia. Poza tym, że faktycznie rapują w irlandzkim, który jest zagrożonym językiem, ich muzyka nie jest szczególnie wybitna, ale za to na tyle żywa i oparta na rytmie, że trudno do niej chociażby nie potupać nogą czy nie pokiwać głową. Drugą połowę sukcesu stanowi osobowość wykonawców i gospodarowanie publicznością. Wiadomo, że przerwanie występu przez te sympatyczne mordzie na wygłoszenie poparcia dla Palestyny to populistyczne zagranie, ale kto z publiczności w tym momencie w to nie wierzył? Przez cały czas byliśmy kupieni.
Tier: klasa
Kraftwerk



Nie wiem, czego się spodziewałem po koncercie tego lubującego się w przebierankach awangardowego zespołu elektronicznego, który śpiewał w kółko „jesteśmy robotami”, ale nie powinno mnie zaskoczyć, że na żywo wypadnie w moich oczach groteskowo, zahaczając wręcz o kicz. I co? I nico, bo nie zmienia to faktu, że te ich technopopowe klasyki nawet w nowszych aranżacjach mają zbyt wielką siłę, by kręcić na nie nosem. Koncert Kraftwerku w formule greatest hits to było coś, czego zdecydowanie potrzebowałem od czasów nastoletnich, gdy poznałem i pokochałem ich płyty. Musiałem posłuchać tych melodii w wyświęconej formie koncertowej. Rzeczywistą dolegliwością było tak naprawdę to, że utwory były przeważnie wykonywane po angielsku, a nie po niemiecku…
Tier: klasa
HiTech



Wielkomiejskie imprezy klubowe zostały przejęte przez elektroniczną muzykę środka. Wybierając się na ślepo, bez uprzedniego znalezienia imprezy tematycznej, najpewniej trafimy na półprzezroczyste uhousowione techenko tudzież utechnowiony housik. Taki o temperaturze pokojowej, czyli że ni ziębi, ni grzeje. Przybyłe z USA trio HiTech na tegorocznym OFF-ie pokazało, jak robi się party po detroiczańsku, i przewyższyło wszelkie znane publiczności standardy. Grany przez nich ghettotech, lokalny, rasowy rodzaj muzyki klubowej, był dla mnie wielkim powiewem świeżości i tym, czego od dawna szukałem w doświadczeniu tanecznym. Ich gorący, utrzymany w szalonym tempie, uzupełniany zbereźnym rapem i przede wszystkim perfekcyjnie zmiksowany setokoncert do końca mnie porwał i przypomniał, jak ważny jest dla mnie sam taniec. Jeden z najlepszych setów w moim życiu, wyszedłem z niego najbardziej wyżyty i wypocony od lat.
Tier: miazga
DZIEŃ DRUGI: SOBOTA
Have a Nice Life


Amerykanie z Have a Nice Life ponoć życzą sobie grać na małych przestrzeniach. Nie wiem, czy to prawda, ale ich koncert pod namiotem był prawdopodobnie najtłoczniejszy na całym festiwalu. Ewidentnie mamy w Polsce wielu fanów tej grupy. Choć się do nich nie zaliczam, dzięki nim bardziej doceniłem występ zespołu. Jedno to jak HANL-owa odmiana ponurego, gitarowego grania do tej pory sama w sobie brzmi oryginalnie, a drugie – jak skutecznie jednoczy publiczność i ustanawia klimat. To był solidny, przekonujący koncert, po którym zrozumiałem co nieco o typie muzyki, której często nie słucham.
Tier: dobrzejes
Ecco2k

Bladee na Orange Warsaw Festivalu to chyba moja najszybsza ucieczka z koncertu w życiu. Nie wiem zatem, jak wam wytłumaczyć, że żywiłem pewne nadzieje wobec koncertu Ecco2k, jego ziomeczka ze składu Drain Gang. Niezależnie od tego, jak jakościowa, przełomowa i wpływowa bywa muzyka tych gości, nie mam już w sobie tolerancji dla występów, na których wykonawca nie wykonuje i za muzyczną robotę w pełni odpowiada nagranie. Ruchy sceniczne i wizualia w takim kontekście nic nie znaczą. Ecco2k przynajmniej, w przeciwieństwie do Blejdiego, zgrał się ze swoim playbackiem. Tak czy siak, po dziesięciu minutach od rozpoczęcia gigu sobie poszedłem, bo nie czułem potrzeby się przekonywać, czy z czasem będzie lepiej.
Tier: dość
James Blake


Znalazłem się w miejscu, w którym każdy doświadczony koncertowicz kiedyś musi się znaleźć. Po latach poszedłem kolejny raz na taki sam koncert takiego samego artysty, tyle że ja już nie byłem taki sam. Gdy po maturach pojechałem za ostatnie pieniądze na jeden dzień Open’era w 2017 roku, James Blake to był dla mnie kozak. Nie miałem w Gdyni znajomych, noclegu i obycia, ale za to miałem rozładowany telefon oraz chęć zobaczenia jednego z najlepiej rokujących angielskich muzyków. Było super. W 2025 roku, gdy wybierałem się na koncert tego artysty, miałem już wielu przyjaciół i znajomych, miłą kwaterkę i profesjonalny sprzęt foto. A także kilkuletnią, wywołaną ledwie jednym kiepskim albumem niechęć do piosenkarza Jamesa Blake’a. Jakoś mi zbrzydł, straciłem do niego cierpliwość. I choć grał prawie to samo i prawie tak samo, nie mogłem się do niego już przemóc. Piosenki, które kiedyś mi imponowały, teraz były mi obojętne i zbędne. Znacie to uczucie?
Tier: kwasik
Two Shell


Choć szanuję londyński elektroniczny tandem za jego studyjne zasługi, miał on taki niefart, że jego set przypadł dzień po secie HiTechu, w tym samym nocnym slocie. Nie mogę zarzucić zamaskowanym panom, że nie zagrali porządnie. Wyszedł z tego jednak typowy taneczny set, w którym zabrakło mi większego wyróżnika i nad którym ciążyły mi w głowie porównania z Tym Lepszym. Taki, który wrzucam do szufladki „na dobitkę”. Owszem, był też wszechstronny gatunkowo/rytmicznie, ale to już nie powód do zachwytów. Był solidny. Trochę to przez intensywność muzyki, a trochę przez późną porę, ale nie bujałem się na nim do końca.
Tier: w porząsiu
DZIEŃ TRZECI: NIEDZIELA
MJ Lenderman



Nieustannie wschodząca gwiazda amerykańskiej sceny indie rockowej wydała w zeszłym roku album Manning Fireworks, nad którym zachwyty lokalnej krytyki długo nie znikały z mojego twitterowego feedu. Chodziło w nich jednak głównie o teksty, na które nie zwracam tak bardzo uwagi. Muzycznie sensu stricto Lenderman reprezentuje dobrze ugruntowaną od lat dziewięćdziesiątych tradycję amerykańskiego gitarowego indie grania. Na koncercie dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem, i otrzymałem to w dobrym wydaniu. Charakterystyczne, slackerskie rytmy puszczają mnie w ruch, nawet jeśli melodie nieszczególnie wpadają mi w ucho, a cool-wyluzowany muzyk wzbudził moją sympatię. Dobrzejes.
Tier: dobrzejes
Alan Sparhawk




Jedno z największych zaskoczeń festiwalu, niekoniecznie pozytywne. Mistrz piosenek, które się ciągną, zeszłorocznym albumem White Roses, My God dokonał radykalnej wolty stylistycznej, która bez uprzedniego zapoznania się wydała się mi oraz sporej części widowni kuriozalna. Sparhawk otóż postanowił wykorzystać nowoszkolne formy rapowe. Jednak to, co w podobnym okresie u Kim Gordon zaowocowało sukcesem artystycznym, w jego przypadku nie wyszło. Koncert składał się z trapowych syntezatorowych beatów, na które bez opamiętania lał się zautotune’owany i spitchowany do poziomu Alvina i wiewiórek głos Sparhawka. Artysta skakał jak nakręcony po scenie, wymachując swetrem. Nie chcę budować mojej opinii na podstawie żartu „How do you do, fellow kids?”, bo to dziwaczne doświadczenie nie zasługuje na tak pogardliwe traktowanie, ale po początkowym rozbawieniu stwierdziłem, że dalsze uczestnictwo w koncercie nie jest mi potrzebne. Zmyłem się przed połową, a potem repertuar ponoć zmienił się na bardziej tradycyjny. Cóż, moja strata?
Tier: kwasik
Pa Salieu



Wspominałem w poprzednim tekście o tym, jak długo czekałem na koncert brytyjskiego rapera. Wtedy go nie dowieźli do Gdyni, a tym razem nie dość, że go dowieźli do Katowic, to jeszcze sam dowiózł. Istotnym powodem, dla którego mi się tak spodobało, jest sam fakt, że afroswingowa odmiana rapu to dla mnie coś orzeźwiającego w morzu trapologicznych beatów. Dało się naprawdę pobujać i wyluzować. Muzyka przy tym nie wpadła w częstą u afrykańskich beatów pułapkę i nie była zbyt rozmiękczona. Salieu wiele się tego wieczora wyrapował i technicznie bardzo dobrze sobie poradził, co było imponujące. Tym jednak, co wyniosło ten występ na kolejny poziom, było jego zakończenie. Raper podzielił publiczność na dwa, dał jej różne, wcale nie takie proste, ale świetnie wytłumaczone partie do śpiewania i skoordynował je ruchowo z ostatnim utworem. Wyszło tak dobrze, że wyszedłem z koncertu pod wielkim wrażeniem i w humorze wyniesionym do nieba.
Tier: miazga
Fontaines D.C.




Nieźle się nam chłopaki rozrośli, co? Moje podsumowanie występu Irlandczyków, którzy przeszli drogę od bycia zespołem alternatywnym do bycia zespołem alternatywno-rockowym, rozpali najzagorzalszych przeciwników „nieobiektywnych opinii”. Postawmy więc sprawę jasno – obiektywnie rzecz biorąc, Fontaines D.C. zagrali bardzo dobry koncert. Patrząc zaś nieobiektywnie, średnio mnie te ich kawałki obchodzą. Naprawdę miło mi się patrzyło na to, jak bawią się na scenie i z pewnym wdziękiem pokazują swoje zaangażowanie w akt wspólnego grania. Gdybym jednak tylko umiał powtórzyć sobie melodie tych piosenek po ich zakończeniu albo odnalazł przyciągające napięcie lub groove’y w ich rytmach, to może poczułbym się jak wszyscy moi zachwyceni tym koncertem znajomi. A się tak nie czuję.
Tier: w porząsiu

Tak zatem prezentuje się moja tierlista koncertów OFF Festivalu 2025. Na pewno jest kilka, na których nie mogłem się zjawić, a by mi się bardzo spodobały, ale cóż począć? Chciałbym podziękować wszystkim ludziom, z którymi spędziłem ten festiwal i obiecać, że widzimy się za rok. Do zobaczenia!




