Urodził się jako Sylvester Stewart w 1943 roku, ale został zapamiętany jako Sly Stone. Wybitny muzyk z wizjonerskim podejściem do tworzenia. Inspirował największych artystów każdej epoki, samemu zaliczając się do tego wąskiego grona. A mimo to można odnieść wrażenie, że pozostał odrobinę niedoceniony. Kiedy w 1971 roku jego grupa Sly & The Family Stone wydawała jeden z najważniejszych albumów w historii gatunku There’s a Riot Goin’ On, kilka miesięcy wcześniej, gdzieś w Filadelfii, na świat przyszedł Ahmir Khalib Thompson. Pochodził z umuzykalnionej rodziny, więc nic dziwnego, że kilkadziesiąt lat później założył kultowy The Roots. Fanom hip-hopu jest znany jako Questlove, widzom Jimmy’ego Fallona jako ten gość od perkusji. A gdzieś pomiędzy działalnością muzyczną i telewizyjną, z powodzeniem sprawdza się jako autor książek i reżyser. Co ich łączy?

Kilka miesięcy przed śmiercią Sly’a, ukazał się film dokumentalny o jego twórczości – Sly Lives!. Wyreżyserowany przez Questlove’a, który w ten sposób postanowił docenić geniusz legendy i dopilnować, aby pamięć o niej nigdy nie zgasła.

„Sly Lives!” w reżyserii Questlove’a

Jestem zafascynowany postacią Questlove’a jako reżysera. Wspominałem już na łamach Braku Kultury o jego poprzednim filmie, który mnie strasznie usatysfakcjonował. Szczególnie, że Filadelfijczyk w swoich dziełach porusza tematykę, która zwykle znajduje się w orbicie moich upodobań. Sly Lives! to nie biograficzna opowieść, utrzymana w encyklopedycznym tonie, mimo że historia przedstawiana jest raczej linearnie. Zaczynamy od dzieciństwa Stewarta, obserwujemy jego początki, pierwsze sukcesy, okres świetności. Przechodzimy przez każdą płytę Sly & The Family Stone, widzimy niektóre fragmenty ich występów, dostępne na YouTube od lat. Questlove dorzuca do tego materiały z ówczesnych dyskotek, aby lepiej zobrazować tamte czasy. Zabieg w pewnym sensie standardowy dla filmów dokumentalnych, choć obrazków z charakterystycznym ziarnem nigdy nie będzie za wiele dla miłośników retro.

Wybitni artyści wśród gości

Niemal każda scena jest wzbogacona o kontekst, ponieważ prezentowane nagrania są przeplatane wypowiedziami członków rodziny i zespołu, przyjaciół, dziennikarzy oraz innych artystów. Tych z kolei występuje w filmie sporo – André 3000, George Clinton, D’Angelo, Chaka Khan, Nile Rodgers, Q-Tip. Nie występuje za to sam zainteresowany – Sly Stone. Nie bezpośrednio. Sly już od lat osiemdziesiątych stopniowo wycofywał się z życia publicznego, a podczas realizacji dokumentu nie mógł wystąpić ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Questlove jednak konsultował się z nim, był w stałym kontakcie. Zamiast aktualnych wypowiedzi Stone’a, otrzymaliśmy fragmenty archiwalnych wywiadów, wkomponowane w poruszany temat w sposób spójny, dzięki czemu obcujemy z artystą, będącym w najwyższej formie. Na tych samych zasadach możemy usłyszeć w filmie takich muzyków jak Bobby Womack czy Marvin Gaye.

Można to rozwiązanie uznać za wadę tej produkcji, owszem, ale naprawdę ono ma sens. Sprawia, że nie jest to historia artysty, a opowieść o artyście. I pokazuje przede wszystkim, jak Sly Stone oddziaływał na wszystkich. Powiem więcej, nie jest to film o muzyku, a o olbrzymim wpływie, jaki wywierał na innych. O walce ze stresem, o trudach znoszenia popularności, o olbrzymiej presji, o narkotykach w branży muzycznej.

Początek drogi Sly & The Family Stone

Najbardziej żarliwi fani grupy zapewne wiedzą, że Sly zaczynał jako DJ w radio KDIA, a następnie był producentem w wytwórni Autumn Records. To akurat interesujący wątek z jednego powodu. Chyba wszyscy kojarzymy utwór Somebody to Love Jefferson Airplane, prawda? Podobnie jak główny temat z filmu Dobry, Zły i Brzydki, wykorzystywany w reklamach, grany w autobusach, wielokrotnie remiksowany utwór. Wcześniej zjawiskowa Grace Slick przewodziła innemu zespołowi, który nagrał tę piosenkę, początkowo nazwaną Someone to Love. Nie zdradzając zbyt wiele, Sly miał swój udział w jego powstaniu, jeszcze jako Sylvester Stewart.

Kilka scen później sam się zaskoczyłem. Jeden z najciekawszych winyli w mojej kolekcji to zapis z koncertu Sly & The Family Stone, zarejestrowany w Fillmore East w 1968 roku. Muzyka sprzed prawie 60 lat, a brzmi bardziej świeżo niż wiele współczesnych wydawnictw. Odkąd jestem w jego posiadaniu, myślałem, że grupa występowała wtedy już jako topowa kapela w Stanach. Tymczasem pojawili się tam jedynie jako support przed Jimim Hendrixem. A gdy padają ceny biletów na ten koncert, można się tylko uśmiechnąć.

Nieoczywiści bohaterowie

Mam słabość do nieoczywistych bohaterów. W Sly Lives! prym wiodą George Clinton oraz duet producentów – Jimmy Jam i Terry Lewis. Pierwszy ujmuje swoją bezpośredniością praktycznie za każdym razem, gdy wspomina Sly’a. Przypomina też nieuważnym, że Sly Stone zaliczył epizod w P-Funk All Stars. Z kolei Jimmy Jam i Terry Lewis zachwycają rzetelnością i elokwencją. Dance To The Music to niewątpliwie hit, ale dla mnie zawsze był zwykłą, prostą, acz przebojową piosenką. Jam i Lewis rozkładają ją na czynniki pierwsze, w swojej analizie poświęcając sporo miejsca na omówienie technicznych aspektów tego utworu. Po kolei komentują poszczególne elementy Dance To The Music. Nie musisz znać podstaw teorii muzyki, aby ich w pełni zrozumieć. Słucha się tego jak rektora z Akademii Muzycznej, który tłumaczy konstrukcję symfonii Beethovena. Jimmy Jam natomiast, przepełniony fascynacją, opowiada jak jeden z nieskomplikowanych riffów Stone’a wykorzystał jako sampel w Rhytm Nation Janet Jackson.

Sly Stone łamie schematy

Sly Stone w filmie Questlove’a ukazywany jest jako postać, która nie bała się przełamywać schematów. Obserwujemy to w nieznaczących sytuacjach, takich jak występ grupy u Eda Sullivana, dowiadując się przy okazji, czego nikt wcześniej przed Sly’em nie zrobił w tym programie. W tych bardziej istotnych również to widzimy. Grupa została uformowana zaraz po zakończeniu segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych. Pewne przekonania mogły jeszcze panować wśród niektórych obywateli. Tymczasem w Sly & The Family Stone znaleźli się zarówno biali muzycy, jak i kobiety, co mogło być wówczas różnie odbierane. Kiedy krytycy oczekiwali od zespołu nagrania rozrywkowej płyty, ukazał się wspominany There’s a Riot Goin’ On, charakteryzujący się pesymistycznym, zaangażowanym społecznie przesłaniem. Sam występ na festiwalu Woodstock i szereg innych posunięć. Mnie z kolei utkwił w pamięci jeszcze inny moment, w którym Sly postanowił pójść pod prąd.

Od zawsze lubiłem historie, urastające do rangi mitu, które niekoniecznie mają pokrycie w rzeczywistości, ale udowadniają, że najbardziej kreatywne rozwiązania rodzą się z ograniczeń. Choćby ta o pierwszych producentach grime, którzy nie wiedzieli, że we Fruity Loops można zmienić tempo i pracowali na domyślnym 140 BPM, kształtując w ten sposób cały nurt. Sly również zrobił coś kreatywnego, kiedy z zespołu odszedł perkusista – Greg Errico. Sly zaczął wykorzystywać automat perkusyjny Rhytm King. Taka decyzja nie spotkała się z aprobatą jego najbliższego otoczenia, ale po usłyszeniu finalnego brzmienia perkusji, nikt już nie kręcił głową. W filmie doskonale jest wytłumaczone, dlaczego to było genialne posunięcie, więc nic więcej nie napiszę na ten temat. Przypomina to jednak niedawne dyskusje wokół wykorzystania auto-tune i myślę, że możemy z tego wyciągnąć jakąś lekcję.

Słabsze momenty filmu Questlove’a

W Sly Lives! nie brakuje niestety słabszych momentów. Jednym z nich jest coś, co już pojawiało się w poprzednim filmie Questlove’a – Summer of Soul. Po prostu film czasem ma wydźwięk odrobinę afrocentryczny. Niezależnie od tego, w jaki światopogląd wierzymy, ciężko się odnosić do afrocentryzmu, żyjąc w Polsce w 2026 roku. Problem w tym, że bohaterowie omawiają tutaj różne zagadnienia, spotykające raczej każdego człowieka na świecie, a przedstawiają je w taki sposób, jakby dotyczyły wyłącznie Afroamerykanów. To przytyk w stronę reżysera, ponieważ to on buduje tę konkretną narrację, zadając pytania swoim gościom. W każdym razie André 3000 czy Q-Tip sami z siebie nie mówią o tym, że innym mieszkańcom Ameryki żyje się łatwiej.

Mam wrażenie, że historia Sylvestra Stewarta została trochę wygładzona na potrzeby filmu. Z jednej strony poruszana jest w nim mroczna strona życia i twórczości artysty, a chyba wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jaki to wywiera wpływ na najbliższych. Z drugiej w Sly Lives! występują córki Sly’a, co sprawia wrażenie, jakby wszystkie traumy w tej rodzinie zostały przepracowane, a problemy prawie zapomniane. W tej sytuacji bez sensu byłoby dolewać jeszcze oliwy do ognia na miejscu Questlove’a, więc dla dobra wszystkich, lepiej było niektóre fragmenty pominąć lub ugrzecznić. A że naprawdę mogło być zupełnie inaczej, przypomina postać Milesa Davisa. Z dokumentu dowiadujemy się, że wybitny trębacz bywał na imprezach w domu Stone’a. Tamże pojawiali się liczni znajomi gospodarza z kryminalną przeszłością, często zaraz po zakończeniu odsiadywania wyroku. W swojej autobiografii z kolei Davis opowiada, że niechętnie pojawiał się na imprezach w domu Sly’a, ponieważ bał się jego szemranego towarzystwa.

Dziedzictwo Sly & The Family Stone

Zauważyłem, że na tle wszystkich twórców, uchodzących za ikony czarnej muzyki, takich jak James Brown, George Clinton czy Miles Davis, najmniej mówi się o Sly’u. A jego historia wydaje się najsmutniejsza. Miles Davis tworzył do ostatnich dni. James Brown w końcowych latach może nie był aż tak płodny, ale nadrobił to przepastną dyskografią. George Clinton jest aktywny do dzisiaj. Sly Stone od lat osiemdziesiątych praktycznie nigdzie się nie udzielał, nawet żaden członek jego zespołu nie miał z nim kontaktu przez lata. Odszedł prawie zapomniany. Tylko że film Questlove’a nie pozwala tak pomyśleć ani przez sekundę. Pokazuje zarazem, że z tym dziedzictwem Sly’a było zupełnie inaczej.

Widzimy tutaj człowieka, mającego wpływ na setki wielkich artystów. Miles Davis był zafascynowany Sly & The Family Stone, pojawiał się na wielu ich koncertach. A Prince? Nie tylko inspirował się twórczością Sly’a, ale w swoich zespołach również zatrudniał kobiety. Na There’s a Riot Goin’ On wzorowali się twórcy okładek Stankonia OutKast, Live. Love. ASAP ASAP’a Rocky’ego czy Pink Tape Lil Uzi Verta. Nie mówiąc już ile klasycznych hip-hopowych nagrań bazowało na samplach z dyskografii Sly & The Family Stone.

Z Woodstock do legendy funku

Mam taką teorię, że przygaszony – przynajmniej w dyskusjach o muzyce – wpływ muzyki Sly & The Family Stone ma przyczynę w początkowym etapie działalności zespołu. Wielu słuchaczy kojarzy grupę bardziej z rockowym graniem, do którego prawa w tamtych czasach uzurpowali sobie raczej muzycy o białym kolorze skóry. Występ na Woodstocku mógłby to potwierdzać. Dopiero po wydaniu There’s a Riot Goin’ On radiostacje grające soul i funk rzuciły się na piosenki z tej płyty, a zespół zaczął uchodzić za czołowego reprezentanta funku. Ten album według krytyków zredefiniował brzmienie gatunku i był stawiany nawet wyżej niż dokonania Jamesa Browna.

Na szczęście ze Sly Lives! płynie przesłanie, że Sly Stone był legendarną postacią od zawsze. Jeśli Questlove obrał sobie za punkt honoru, aby przywrócić należytą chwałę Sly’owi, udało mu się zrealizować założenia. Mam nadzieję, że to nie jego ostatnie słowo jako reżysera, ponieważ odnajduje się w tym rzemiośle. A jest jeszcze tyle intrygujących historii do opowiedzenia. Nie tylko te kontrowersyjne, a jednocześnie przereklamowane jak ta o Diddym.

Fot. Michael Ochs