„Jego etyka pracy i oddanie twórczości są niezrównane, szczególnie że mówimy o branży, w której dziś jesteś na szczycie, a jutro cię nie ma. Na single i albumy Scarface’a czeka każdy” – tymi słowami legendarny Chuck D otwiera „Diary of a Madman”, autobiografię, którą raper z Geto Boys napisał przy wsparciu Benjamina Meadowsa Ingrama w 2015 roku. Wstęp gwiazdy Public Enemy nie jest typowym dla biografii przesadnym wywyższaniem głównego bohatera, a raczej słowami prawdy.

Scarface to jeden z najważniejszych MC w historii rapu i legenda Houston. Karierę rozpoczynał w latach 80., a pod koniec dekady został podpisany przez wytwórnię Rap-A-Lot, która zasugerowała mu dołączenie do grupy Geto Boys. Kolejne dziesięciolecie rozpoczął doskonale – w 1991 roku ukazał się album składu zawierający singiel „Mind Playing Tricks on Me”, windujący sprzedaż „We Can’t Be Stopped” aż do platyny. Jednocześnie Scarface wypuścił pierwszą, bardzo dobrze przyjętą solówkę – fundament swojej bogatej dyskografii, pełnej mocnych pozycji rozciągających się na kilka dekad. Wspomnę tutaj chociażby o „The Diary” z 1994 roku, „The Fix” z 2002 roku, czyli z okresu, w którym przewodził Def Jam South, czy „Deeply Rooted” z 2015 roku. I choć ten ostatni album był faktycznie jego ostatnim projektem, Scarface dalej potrafi zabłysnąć – pod koniec 2023 roku zagrał jeden z najlepszych koncertów w serii Tiny Desk. Wydawać by się zatem mogło, że autobiografia takiej postaci – szczególnie wydana u schyłku kariery – to samograj. Bohater ma o czym opowiadać, wystarczy zadać mu kilka odpowiednich pytań, pociągnąć go za język, a książka powinna napisać się sama. Nic bardziej mylnego.

„Diary of a Madman” zaczyna się – jak niemal każda autobiografia – wspomnieniami z dzieciństwa, które na szczęście nie są zbytnio przegadane. Scarface pochodził z muzycznej rodziny, a jak sam twierdzi, „pierwszym językiem, w którym potrafił się wyrażać, była muzyka”. Sprawiał wiele problemów – był porywczy, brał udział w bójkach, zawieszano go w szkole, a sytuacja w domu raczej nie pomagała mu się uspokoić. Dużo opowiada o swoich problemach psychicznych, które prowadziły nawet do prób samobójczych:

Powiem wprost: byłem gotowy na śmierć. Ale nigdy tego nie zrobiłem. Nigdy nie ciąłem się wystarczająco głęboko albo na tyle daleko od rodziny, by nie być znalezionym i umrzeć. Nigdy nie pociągnąłem za spust. Dlatego, jak sam mówię, chodziło mi tylko o zwrócenie na siebie uwagi. Jeśli naprawdę chcesz umrzeć, umieranie to najłatwiejsza część.

Scarface’a zamknięto w ośrodku i zdiagnozowano u niego chorobę dwubiegunową, a on sam stwierdził, że chce jak najszybciej stamtąd wyjść. Był posłuszny, współpracował z lekarzami, nie dyskutował. Można powiedzieć, że pobyt na oddziale go otrzeźwił, choć oczywiście po wyjściu nie stał się prymusem. Chęć posiadania własnych pieniędzy, uniezależnienia się i zdobycia pozycji na osiedlu pchnęła go w dilerkę:

To była brudna gra. Nie żałuję zbyt wielu rzeczy, ale nienawidziłem tego. Sprzedawałem towar swojej rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Uprawiałem seks z żonami ćpunów. Wymieniałem towar za auta. Robiłem wiele podobnych rzeczy.

Na szczęście, jak w wielu przypadkach rapowych gwiazd, to muzyka pozwoliła mu wyrwać się z getta. Scarface nie zaczynał jednak od rapu – poznał go dopiero pod koniec lat 70. Wcześniej grał w zespole High Energy, który wykonywał kawałki AC/DC, Black Sabbath i Iron Maiden. Potem był już rap i uliczne single, które sprawiły, że dostrzegł go James Prince, założyciel Rap-A-Lot. Ten z kolei był zdeterminowany, by zrobić ze Scarface’a profesjonalnego rapera, i odwodził go od gangsterki.

I to jest moment, w którym w zasadzie powinna zaczynać się historia z prawdziwego zdarzenia, a tak naprawdę powoli się kończy. Oczywiście Scarface rzuca trochę światła na Geto Boys, które nie było ziomalskim składem, a sztucznym zlepkiem ciekawych postaci. Sami twórcy nie ufali sobie ani trochę, więc w trasy koncertowe jeździli uzbrojeni, „bo nigdy nie wiesz, co zrobi ten drugi”. Początkowo Geto Boys jest zatem dość elektryczną ekipą, która się nie znała. Scarface nie znał przeszłości chłopaków, nie był nią nawet zainteresowany, bo ważniejsze były dla niego solówki – co najmniej dwa razy wspomina, że podpisano go przecież jako solowego artystę, a nie członka grupy, więc nagrywanie w Geto Boys traktował jako zadanie poboczne. Później jednak, przy kolejnych albumach, autor nie chciał już nagrywać bez Williego D czy Bushwick Billa. Więzi w zespole pojawiły się – przynajmniej według książki – zupełnie znikąd.

Z jednej strony Scarface opowiada sporo anegdotek, ale często „nie pamięta”, „nie wie, jak było”, albo przechodzi w typowy tryb odhaczania kolejnych osiągnięć: nagrałem to, nagrałem tamto, ten singiel się sprzedał, kupiłem to, współpracowałem z tym. Zaczyna się wielorozdziałowa wyliczanka, pozbawiona głębszej treści. Przykładem może być wspomnienie o „The Diary”:

Nagrałem go pijąc browary, paląc zioło i będąc najarany. Naprawdę, naprawdę, naprawdę najarany. Ale powiem jedno: piwo, zioło i leki przeciwbólowe robią najlepszą muzykę. Odpierdalaliśmy i zrobiliśmy pierdolonego klasyka. To moje „Dark Side of the Moon”.

Z książki da się wyciągnąć ciekawostki dotyczące współpracy z Mike’iem Deanem czy młodym Kanye Westem, tworzenia poszczególnych kawałków czy opinii autora o innych twórcach, ale niestety giną one w zalewie niezredagowanych wspomnień. Bo – właśnie – redakcja całej książki leży. Scarface często dopowiada swoje „and shit like that”, jako wzmocnienia używa epickich epitetów w stylu „mutherfuckin’” albo po prostu „fuckin’”. Poniekąd rozumiem, że chciano zachować autentyczny, gadany styl, ale tych pustych wtrąceń jest na tyle dużo, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to zabieg mający na celu zwiększenie objętości książki. Tym bardziej że mówiony styl amerykański cechuje się częstym powtarzaniem tego samego innymi słowami – tutaj te fragmenty często pozostawiono bez redakcji.

Rozdziały są ułożone logicznie i najczęściej chronologicznie opisują poszczególne okresy kariery, ewentualnie odrywają się od niej, by Scarface mógł dorzucić jakąś poboczną historię – dotyczącą rodziny, kolegów, strzelanin albo tego, że zarabiał za mało pieniędzy, odpowiednio dużo pieniędzy albo już naprawdę bardzo dużo pieniędzy.

We fragmentach, w których mówi o swojej pracy w Def Jam South, brakuje pociągnięcia go za język. Scarface wspomina o Ludacrisie, o chęci podpisania T.I.-a i ogólnym oporze władz labelu przed wysuwanymi przez niego kandydaturami raperów, którzy – jak się później okazało – odnieśli komercyjny sukces, ale brakuje tam mięcha. Dowiadujemy się tylko tyle, że gdyby zgadzano się na pomysły Scarface’a, świat wyglądałby jak w tym słynnym memie.

Zamiast tego w książce znajduje się masa głupiomądrych rzeczy. Opis jednej strzelaniny z czasów, gdy Scarface był już profesjonalnym raperem, kończy się słowami: „To był jedyny raz, gdy mnie postrzelono, ale powiem jedno – bycie postrzelonym choć raz wystarczy na całe życie. Potem wiedziałem już, że ani razu nie chciałbym, żeby postrzelono mnie znowu. Jebać to. Dlatego zawsze strzelam pierwszy”. Momentami górę nad bohaterem bierze wcielenie w Scarface’a Coelho: „Z każdym oddechem jesteśmy o oddech bliżej do naszego ostatniego. Ja również. Też umrę”. Trudno też brać go na poważnie, gdy wygłasza sądy w takim stylu: „Musicie to zrozumieć – Larry Hoover to poza prezydentem jeden z najpotężniejszych ludzi w Ameryce. Wielu ludzi idzie w jego ślady. Mówię wam – naprawdę wielu. A większość z nich nawet nie zna jego głosu”. Nawet biorąc pod uwagę wspomniany już amerykański styl mówienia i chęć jego zachowania, brzmi to dość dziecinnie.

Dlatego liczę na to, że w dobie coraz lepszych biografii muzycznych („Dilla Time”, „Tupac Shakur”) doczekamy się także porządnej książki o legendzie Houston. Na pewno zasłużył na to, by na poważnie przyjrzeć się jego dyskografii i opowiedzieć o jego życiu w głęboki sposób – tak, by można było dostrzec w nim człowieka z krwi i kości. Scarface jest zasłużenie wymieniany w gronie najlepszych raperów wszech czasów, wielu raperów wymienia go w gronie swoich największych inspiracji, ale jego autobiografia niestety nie pozwala w pełni zrozumieć dlaczego.