Idea wytwórni praktycznie wymiera na naszych oczach. Utalentowani artyści doskonale potrafią promować się w sieci, więc przy odrobinie szczęścia mogą działać całkowicie niezależnie już od samego początku kariery. YouTube to wynalazek XXI wieku, a w połączeniu z TikTokiem i Instagramem stanowi idealne narzędzie, aby zaistnieć. W latach siedemdziesiątych wyglądało to zupełnie inaczej. Kiedy czytam o tym, jak funkcjonowała polska estrada w tamtych czasach, nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. A gdyby tak najmłodszym opowiedzieć to wszystko ze szczegółami, pomyśleliby, że to zarys fabuły najnowszego filmu Spielberga. Jakim cudem w takich okolicznościach mógł powstać tak arcyciekawy utwór jak Rytm Ziemi w wykonaniu pewnego gdańskiego zespołu?

Czerwone Gitary a inspiracje zachodnim brzmieniem

Czerwone Gitary formowały się w czasach, w których wzorowanie się na zachodnich trendach było utrudnione. Import płyt z zagranicy był bardzo ograniczony, więc polscy muzycy musieli sporo kombinować, chcąc się inspirować światowym brzmieniem. Dzisiaj niemal każda płyta świata jest dostępna w serwisach streamingowych. Wydanie fizyczne można sprowadzić z każdego zakątka globu dzięki eBay lub Discogs. Kiedyś płyty były dostępne w sklepach typu Pewex lub Baltona, ale można było za nie zapłacić dolarami, którymi przeciętny Kowalski raczej nie dysponował. Na winylowe prezenty mogli liczyć krewni polskich emigrantów, mieszkających w RFN lub Szwecji. Albo przynajmniej na dolary. Na różnych giełdach można było trafić na pirackie kopie. Alternatywą pozostawały radioodbiorniki i próby namierzenia sygnału zagranicznych audycji. A kiedy już jakimś cudem docierały do Polski funkowe brzmienia i zespoły decydowały się na granie w ten sposób, przeszkodą stawała się biurokracja.

Zespoły teoretycznie nie mogły sobie pozwolić na dowolność stylistyczną swoich utworów. Niby miały do tego prawo, ale każdą ich decyzję mogły zakwestionować różne instytucje, takie jak Pagart (Przedsiębiorstwo Państwowe Polska Agencja Artystyczna). Żaden koncert nie odbyłby się bez wysłania tam podania, nie powstawałyby albumy. Monopol na rynku wydawniczym miały Polskie Nagrania, a Ministerstwo Kultury czuwało nad tym, aby teksty piosenek nie zagrażały Polsce Ludowej.

Lata siedemdziesiąte to czasy, w których państwo już nie walczyło z jazzem, ale każda próba przeniesienia zachodniej muzyki na polski grunt nie była mile widziana przez władzę. Renata Lewandowska, zafascynowana twórczością Arethy Franklin, chciała śpiewać soul i funk. Po latach w jednym z wywiadów przyznała, że ówczesna branża muzyczna pożądała samych Czesławów Niemenów, a stworzenie w Polsce motownowego brzmienia było po prostu niemożliwe. Wtedy królował bigbit, a Czerwone Gitary uchodzą do dzisiaj za jednych z czołowych reprezentantów tego nurtu. Jakim cudem zaprezentowali słuchaczom z nad Wisły funk w 1975 roku?

Czerwone Gitary a funk

Termin „polski funk” właściwie nigdy nie istniał. Spopularyzował go dopiero w XXI wieku kolektyw Soul Service za sprawą swoich składanek, do których selekcjonował utwory brzmiące właśnie w tym stylu. Rytm Ziemi nigdy nie był jakimś kanonicznym utworem Czerwonych Gitar, prawda? Do dzisiaj każde pokolenie nuci raczej Kwiaty we włosach czy Nie zadzieraj nosa. Podejrzewam, że sami członkowie zespołu tworząc tę piosenkę nie przewidzieli tego, że 50 lat później ludzie będą chcieli słuchać jej częściej. Ciężko z dzisiejszej perspektywy określić, na ile powstanie utworu było przypadkowe, a ile w tym zamierzonego działania. Na pewnym etapie działalności zespołu Seweryn Krajewski zapragnął, aby ich brzmienie uległo zmianie. Chciał, aby piosenki grupy były poważniejsze i były kierowane do bardziej dorosłego odbiorcy. Tej wizji nie podzielał Krzysztof Klenczon, który odszedł z Czerwonych Gitar i poświęcił się solowej karierze. Wiemy natomiast jedno – Krajewski postawił na swoim, przynajmniej w kwestii jednej piosenki.

Wysoce ambitny Rytm Ziemi mógłby równie dobrze ukazać się w legendarnej wytwórni Stax, słynącej z wydawania zaangażowanego soulu. Utwór zaczyna się od połamanej perkusji Jerzego Skrzypczaka, niespotykanej w tamtym czasie na scenie. Po czasie pojawia się gitara, nadająca piosence funkowego rytmu. Słowom refrenu pozwala lepiej wybrzmieć syntezator Moog, a elektryczne skrzypce z połowy piosenki doskonale przełamują aranżację. Seweryn Krajewski użył tych instrumentów w taki sposób, że mamy do czynienia z czymś unikatowym.

Czerwone Gitary a rap

Kiedy polski rap był jeszcze w powijakach, ludzie pamiętający jeszcze stan wojenny czepiali się go za wszystko. Starsi muzycy zarzucali producentom kradzież i brak wykształcenia muzycznego. Rodzice twierdzili, że jest to muzyka o jednostajnym rytmie, pozbawiona wspaniałych improwizacji jak u ich ulubionego Pink Floyd. Klasyczna wojna pokoleń – w końcu każde z nich ma swoją muzykę buntu, adekwatną do czasów, w których dorasta. Rap jednak miał potężną broń na tych, co mieli używanie z jego krytykowania – warstwa tekstowa. Po prostu w hip-hopie jest więcej przestrzeni na tekst, siłą rzeczy. Tematyka w rapowych numerach była wulgarna, miejska, mroczna, co stało w opozycji do muzyki rozrywkowej. Tekst utworu Rytm Ziemi, napisany przez Krzysztofa Dzikowskiego, jest – nomen omen – nie z tej ziemi. Starszyzna miałaby niezłego asa w rękawie, chcąc dalej wojować o to, czyja muzyka jest lepsza.

Tekst do Rytmu Ziemi opiera się na porównywaniu rytmu do wszystkich zjawisk atmosferycznych na naszej planecie, który łączy każdego jej mieszkańca. Przedstawiony jest jako uniwersalny język. Pieprzone esperanto. Przecież to jest jakieś mistrzostwo świata w dziedzinie pisania tekstów. Uważam, że gdyby utwór Czerwonych Gitar nawinął Łona, pod kątem odkrywczości, oryginalności i formy przekazu, porównywalibyśmy go do obu jego Rozmów. Technicznie jest tak prosty, że aż genialny, jakby powiedział komisarz Andrzej Gajewski. A refren? W życiu nie słyszałem bardziej pokojowego przesłania! Przy nim żaden człowiek na świecie, niezależnie od jego koloru skóry czy przekonań, nie poczuje się gorszy. Naprawdę. Jestem zdziwiony, że Rytm Ziemi nie stał się jeszcze hymnem którejś z pokojowych manifestacji. Jeśli więc zamierzasz wyjść na ulicę, nie zapomnij, że:

Nie znamy naszych imion
Nie wiemy nic o sobie
Połączył nas ze sobą rytm.

Dlaczego „Rytm Ziemi”?

Obecnie najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na świecie jest rap. Może jego warstwa tekstowa porusza dzisiaj mniejszy zakres tematów niż jeszcze kilkanaście lat temu, ale wciąż oferuje więcej niż pop. Moi rówieśnicy w rapie szukali głębszych treści, uciekając do niego przed takimi nagraniami jak Takie ładne oczy Czerwonych Gitar, którymi atakowali ich rodzice. Dlaczego więc po ponad pięćdziesięciu latach mieliby słuchać Rytmu Ziemi?

Po pierwsze: funk. Mimo dzisiejszej świadomości muzyków i ich osłuchania, wciąż mamy deficyt takich brzmień. P. Unity i kilka innych zespołów dwoi się i troi, ale to wciąż za mało, aby załatać tę dziurę. A przecież te bębny Jerzego Skrzypczaka po dziś dzień są czymś unikatowym, nie mówiąc o reszcie. Po drugie: przesłanie. Rytm Ziemi to wspaniale napisany, sprawny technicznie tekst autorstwa Krzysztofa Dzikowskiego. Powinien wzbudzać zachwyt każdego, który w muzyce szuka czegoś więcej niż porywającej melodii. A od niedawna na scenie działa Grupa Torpedo, stworzona przez muzyków związanych z warszawskim Spatifem i studiem nagraniowym Dwa Domy. Ich koncertowy repertuar to własne interpretacje funkowych polskich utworów z lat siedemdziesiątych. Rytmu Ziemi również, więc warto wybrać się na ich występ.