Zaledwie trzy lata temu Love Spells, czyli Sir Taegen Harris był osobą w kryzysie bezdomności w Houston, goniącą desperacko za karierą w branży muzycznej. Przeprowadzka do Kalifornii, powrót do Houston i wreszcie kolejny wyjazd na Zachodnie Wybrzeże – efektem takich podróży, przygód, nawiązanych znajomości i artystycznego rozwoju jest jego debiutancki album: Love is the Law. Jest czego słuchać i co przeżywać, jeśli sobie na to pozwolicie.
W momencie wydania debiutanckiego LP Love is the Law, Love Spells ma 21 lat – czyli osiągnął wiek, w którym często każdy związek wydaje się tym najintensywniejszym, najważniejszym, ostatecznym, a każde złamanie serca – końcem świata, a przynajmniej życia, które znaliśmy do tej pory. Jego pierwsza płyta oddaje właśnie taki stan umysłu – i dzięki temu my, słuchacze, możemy cieszyć się tak wyczerpującymi emocjonalnie utworami. Love Spells odmienia miłość przez wszystkie przypadki i opisuje wiele jej odcieni: pożądanie, namiętność, etap kompletnego miłosnego oderwania od ziemi, zależność, wątpliwości, żal, tęsknotę, pytania „co by było, gdyby…” – w jego utworach, zgodnie z tytułem płyty, zakochanie jest absolutnym fundamentem odczuwania życia.
Love Spells posiada wyjątkowo wysoki wokal – śpiewa miękkim, intymnym głosem głowowym, momentami przechodzącym w falset. Moim pierwszym odczuciem po usłyszeniu go było zdziwienie. Przyzwyczajenie się, zaakceptowanie głosu zajęło mi drobną chwilę i przyznać muszę, że pasuje on perfekcyjnie do warstwy muzycznej albumu. Większość utworów można podciągnąć pod typowy, powolny dream pop, ale zamiłowanie do gęstego użycia gitary zachęca również do sklasyfikowania Love is the Law jako indie. Na takiej granicy Love Spells porusza się przez większość albumu, dorzucając elementy soulu i new wave’u. Eteryczne, miękkie, pełne powietrza i echa elektroniczne bity, miejscami przeplatane gitarą, których celem ma być romantyczna, hipnotyczna atmosfera.
Występujące jako drugi i trzeci utwór na trackliście: Crutch oraz Keep It To Yourself są dla mnie oczywistymi faworytami z Love is the Law. Te dwie piosenki najlepiej łączą powolne, melodramatyczne, marzycielskie melodie z rozpoetyzowanymi, ckliwymi tekstami Love Spells – najskuteczniej przywołują obrazy i emocje znane z kluczowych momentów romantycznych relacji międzyludzkich. Goryczy i smutku skutecznie dorzucają wspaniałe I’ve Tried i Maybe I Still Love You, umieszczone pod koniec tracklisty. Na albumie wypełnionym prawdziwymi hymnami dla zakochanych (w różnych stadiach tego stanu) – te cztery utwory wybijają się jako rzuty w sam środek tarczy. Ogrom przekazywanych przez Love Spellsa uczuć może być skuteczną przestrogą dla cyników, by z miejsca odrzucić Love is the Law jako album przesadnie emocjonalny. Autor zdecydowanie pozwala sobie na całkowite zanurzenie w namiętnościach – można sobie ironizować, ale Love Spells zostawił naprawdę kawał serca w tych utworach. I tutaj pojawia się problem – czy na pewno słuchacze są w stanie wytrzymać taki nawał sentymentalizmu i jednostajnej muzyki?
Aż chciałoby się, żeby niektóre utwory – opisujące największe wzloty i cierpienia miłosne – podkreślały intensywność emocji muzycznie. Love Spells opowiada o uczuciach przeuroczo, używa ciekawych metafor, angażuje… jeśli sami zapewnimy tekstom wystarczająco atencji. Pytanie brzmi: czy za każdym razem słuchacz musi skupiać pełnię swojej uwagi na muzyce? Wokal Love Spells, a także produkcje na Love is the Law na ogół pozbawione są urozmaiceń i zmian dynamiki, przez co album może po pewnym czasie zacząć zwyczajnie nudzić. Minimalizm i eteryczność momentami przeradzają się w monotonię i ospałość, szczególnie w drugiej połowie płyty. I żadna genialnie napisana zwrotka nie pomoże, jeśli warstwa muzyczna oraz letargiczny wokal nie zaktywizuje uwagi słuchacza. Love is the Law byłoby wybitną EP-ką, z miejsca jednym z najważniejszych wydawnictw roku. W obecnej formie jest niestety przeciągnięta i, w mojej ocenie, traci z powodu swojej długości – a trwa 40 minut, czyli wcale nie szmat czasu. Delikatnym przyspieszeniem wydaje się być bardziej groove-popowy Heart For Eyes, ale nadal nie dzieje się w nim wystarczająco dużo, by zmienić nastrój całości. Co nie znaczy że jest gorszym utworem – po prostu tą nostalgią można się przesycić.
Love is the Law daje nam wspaniałe fundamenty pod przyszłe albumy Love Spells. Autor pokazał umiejętności liryczne, wokalne i producenckie – ilość talentu pozwalającą liczyć w przyszłości na bezdyskusyjne arcydzieła. Płyta brzmi bardzo nastrojowo, angażuje emocjonalnie i czaruje dźwiękowym wyrafinowaniem. Jednakże, debiutancki LP jest zbyt zachowawczy i zbyt bezpieczny, byśmy mogli z miejsca założyć na głowę Sira Taegena Harrisa koronę i umieścić go w panteonie najlepszych obecnie artystów w swojej kategorii. Nie dziwię się, że niektórym słuchaczom Love is the Law zlewa się w jeden potok sentymentalnych dźwięków. Tym niemniej – uważam ten album za bardzo udany debiut, na bazie którego Love Spells może zbudować coś naprawdę wybitnego. Trzymam kciuki i zamierzam śledzić jego karierę.




