Witam. Jeżeli jesteście na bieżąco z amerykańską sceną – to bohater dzisiejszego felietonu jest wam doskonale znany już od kilku lat za sprawą duetu Run the Jewels. Razem z Michaelem Santiago Renderem znanym szerzej jako Killer Mike przeżywają drugą młodość. Dlatego dziś zajmiemy się tą pierwszą, nieco bardziej eksperymentalną. Tak swoją drogą, to już trzeci raper w tym cyklu który jednocześnie jest producentem.
Jaime Meline urodził się w 1975 w Nowym Jorku, jako syn jazzowego pianisty. Przełożyło się to na jego fascynacje muzyczne wykraczające dużo dalej poza rap. Posiada korzenie irlandzkie i litewskie. Jest on jednym z pierwszych raperów którzy położyli fundament pod hip-hop eksperymentalny/abstrakcyjny w takiej formie w jakiej brzmi on dzisiaj – przynajmnniej spory jego odłam. Jako dzieciak wyrzucany był z kilku szkół z powodu braku poszanowania dla autorytetu grona pedagogicznego i generalnie ludzi postawionych wyżej od siebie, co przełożyło się potem dość znacząco na teksty które pisał i pisze do dzisiaj. Na swoich 17 urodzinach poznał DJ’a z którym niedługo później założą grupę Company Flow. W latach 1992-1994 był to duet z bardzo niewielkim dorobkiem, lecz w 1995 dołączył drugi raper i rok później (za sprawą Official Recordings) na podziemne wody NYC wypłynęła pierwsza EPka grupy w składzie El-P, Bigg Jus, Mr. Len – o nazwie Funcrusher. Odniosła na tyle duży sukces że panowie dograli jeszcze kilka numerów i w 1997 nakładem Rawkus wyszedł absolutny klasyk: Funcrusher Plus.

Jako że El-P nadal nienawidził mieć nad sobą kogokolwiek – w 1999 założył Definitive Jux i po wydaniu instrumentalnego albumu z Mr. Lenem jako Company Flow (Little Johnny From The Hospitul: Breaks End Instrumentuls Vol.1), opuścił Rawkus które w tym przypadku odpowiadało tylko za nakład – aby stworzyć w pełni własny label, nastawiony stricte na wydawanie artystów którymi sam się jarał. Mniej więcej wtedy jego droga zeszła się z duetem Cannibal Ox (zajmę się nimi w felietonie numer 10). Wyprodukował im on cały debiutancki album – równie dobry i istotny co Funcrusher Plus, utrzymany poniekąd w stylistyce Company Flow, o zabarwieniu klimatami sci-fi. Jego droga zeszła się również z początkującym raperem z Bostonu – Jeffreyem Haynesem, znanym jako Mr. Lif (o nim napiszę więcej za tydzień). Po drodze pojawił się jeszcze Aesop Rock, wtedy już po debiutanckim LP z 1997 i EP z 1999, oraz producent RJD2. Pierwsze trzy albumy które zostały wydane w pełni nakładem Def Jux to właśnie: Mr. Lif – Enters The Colossus, Company Flow/Cannibal Ox/Aesop Rock/RJD2 – Def Jux Presents…, oraz Cannibal Ox – The Cold Vein. Niedługo później (w 2001) nadszedł solowy debiut Jaime, przyjęty równie ciepło co wszystkie poprzednie płyty do których przyłożył rękę. Wzniósł on abstrakcję swoich tekstów i energię swoich bitów na zupełnie nowe poziomy, z których nigdy od tamtej pory nie zszedł. Można powiedzieć że ten moment umiejscowił go permanentnie na nowojorskiej scenie.

Mniej więcej w tamtym czasie rozpadło się Company Flow, a El-Producto rozpoczął tworzenie swojego jedynego materiału który miał nie mieć nic wspólnego z hip-hopem. Mowa tu o płycie High-Water która ujrzała światło dzienne w 2004 roku (jazz, elektronika – wydane w Thirsty Ear Recordings) razem z w miarę klasycznymi jak na niego instrumentalami pod nazwą Collecting The Kid (wydane w Def Jux tego samego roku). W międzyczasie stworzył pierwszą część trylogii swoich bitów puszczanych luzem bez żadnej wytwórni, która nazywała się Weareallgoingtoburninhellmegamix (części cyklu odpowiednio w 2003, 2008, 2010). Na następne pełnoprawne rapowe solo trzeba było czekać do 2007, ale było warto. I’ll Sleep When You’re Dead okazało się równie genialne (albo nawet lepsze) co Fantastic Damage.

W 2010 działalność Def Jux została oficjalnie „zawieszona”, natomiast praktycznie wytwórnia przestała istnieć. Było to spowodowane ilością roboty jaka wiązała się z prowadzeniem labelu – którą El-P musiał łączyć z pisaniem tekstów, robieniem bitów, graniem koncertów i życiem prywatnym. Po dekadzie takiego życia miał go zwyczajnie dość. Nałożył się na to spór z Aesop Rockiem po którym ich drogi rozeszły się na zawsze. Niedługo po tym niskim punkcie powstał jak do tej pory jego ostatni solowy album – Cancer 4 Cure. Moim zdaniem najsłabszy, ale nadal bardzo solidny. Podczas gdy poprzednim dałbym 8,5/10, tutaj takie 7/10.

A dziś? O tym chyba nie muszę opowiadać. Czy duży odsetek fanów RtJ trafi na stary materiał i się nim zainteresuje? Patrząc po wyświetleniach – raczej wątpliwe. Przez ten projekt trwający już od 7 lat, El-P obniżył poziom abstrakcji w kwestii brzmienia na rzecz hitów które zataczają kilkukrotnie szersze kręgi niż mógł o tym śnić te 15/20 lat temu.

Podsumowanie: pasja i upór do wydawania non-stop od 1996 roku kolejnych i kolejnych albumów dopracowanych pod każdym kątem – finalnie zaprowadziły go na szczyt, gdzie nie musi się już o nic martwić. Podobnie jak przy Aesop Rocku, nie potrafię znaleźć żadnych minusów co do rapowania, bitów, głosu, wizerunku, etc. Wierzę że przywróci kiedyś na stare lata do życia Def Jux i spróbuje w kompletnie innej rzeczywistości zbudować na nowo imperium rapu eksperymentalnego.