Witam. Kontynuując wątek poetycki sprzed dwóch tygodni – przedstawię wam dzisiaj artystę poniekąd podobnego do Mike’a Ladd’a jeśli chodzi o balansowanie między rapem a poezją/spoken-wordem. Chociaż sporo jest tutaj również śpiewania.
Saul Stacey Williams urodził się w 1972 w Nowym Jorku jako najmłodszy z trójki dzieci. Ukończył Morehouse College w Atlancie na aktorstwie i filozofii. W istocie zagrał on w paru filmach (Slam z 1998, Today z 2012, Holler If Ya Hear Me z 2013), a gdzieś w międzyczasie dołożył dyplom Master of Fine Arts zdobyty na New York University. Mieszkał też przez rok w Brazylii na wymianie studenckiej. Nie jest to pierwszy lepszy byle poeta – dość jasno słychać w jego tekstach, że mamy do czynienia z bardzo świadomą jednostką obytą w świecie, z zapasem konkretnej wiedzy.

W 1995 zaczął występować na slamach poetyckich. Muzycznie wychowywał go Nas, Erykah Badu, KRS-One, Zack De La Rocha, czy De La Soul. W kwestiach poezji pochłaniał on rzeczy pisane przez Allena Ginsberga. Numer powyżej pochodzi z 1998 i jest to jego pierwszy oficjalnie wydany singiel.

Debiutanckie LP Amethyst Rock Star ujrzało światło dzienne w 2001, a pierwsza (i jak na ten moment ostatnia) EPka – Not in My Name w 2003. Niedługo później grał on na trasach jako support dla Nine Inch Nails i trochę się tam zakolegowali z Trentem. Pojawił się gościnnie na ich albumie Year Zero. Przy okazji wydania w 2004 drugiego projektu o takiej samej nazwie jak swoja ksywka – jego kariera zaczęła nabierać większej prędkości. W 2007 pojawiło się wyprodukowane przez właśnie Trenta Reznora następne solo o nazwie parodiującej kultowe „The Rise and Fall of Ziggy Stardust” Bowiego. Kolejne było całkiem interesujące NGH WHT z 2009 we współpracy z Arditti Quartet, gdzie czytał w formie spoken-wordu swoją książkę The Dead Emcee Scrolls.

A ten track powyżej? W 2011 wyszedł jeden z moim zdaniem jego najlepszych albumów – Volcanic Sunlight. Właściwie cała jego dyskografia to jedna ogromna eksploracja własnego umysłu i pomysłów które w nim siedzą. Nigdy nie wiesz kiedy wjedzie z agresywnymi i depresyjnymi historiami, a kiedy sobie zacznie śpiewać. Głównie kieruje się on emocjami, tak myślę. Tak dodając jeszcze do życia prywatnego – na tym etapie mieszkał przez kilka lat w Paryżu, obecnie osiadł w LA.

Aż tu nagle w 2016 pojawiła się absolutna bomba. MartyrLoserKing. Piękna rzecz – pod każdym kątem. Opus Magnum. Magnum Opus. Nie wiem co konkretnego mogę napisać o tym dziele, poza tym że gdzieś tam w tle przedstawiona jest sylwetka hakera ze środkowej Afryki. To jedna z tych płyt którą trzeba przeanalizować samemu i nie sugerować się recenzjami. Sporo tutaj bólu i złości na otaczający nas świat. Na ten moment jego ostatnim projektem jest Encrypted & Vulnerable z 2019. Nieco słabsze niż poprzednie dwa LP, ale Saul poniżej pewnego poziomu nie schodzi nigdy.

Podsumowanie: Saul podobnie jak Mike Ladd nie jest typem artysty który robi muzykę do słuchania w tle. Wymagane jest pełne skupienie, a dogłębna analiza tekstów jest całkiem wskazana. Albo kupujesz go w całości i wpadasz w dyskografię jak do wody, albo się odbijasz. Muzycznie obiera on czasem kierunki które nie do końca ze mną rezonują, ale dla samej liryki która kiedyś (mam nadzieję) będzie analizowana na lekcjach historii (i ogólnie poezji z naszej epoki) w Stanach – zdecydowanie warto.