Gdy w zeszłym roku na wrocławską scenę wrócił zespół Palewave, myślałem, że tego wydarzenia długo nic nie przebije. Jednak jeden z byłych członków tej grupy postanowił powiedzieć „przebijam”. Michał Wojtek najpierw dograł się do utworu Przemka Fergusona (przemilczmy to z racji na kondycję psychiczną gospodarza), a potem zapowiedział nadchodzący album „Worek na kości” – pierwsze wydawnictwo od niemal 10 lat, gdy wydał „Instrukcje”.

Historia Michała to temat na zupełnie inną opowieść, pełną zakrętów, konfliktu z całym kolektywem, o którym opowiedział nieco więcej w „Wyznaniu świadka”. Przez tę dekadę od „Instrukcji” zdążyło się wydarzyć wiele w moim życiu, a ostatnia EP-ka rapera nadal towarzyszy mi w życiu. Gdy mam moment nostalgii, słabości, odpalam sobie jego twórczość i… cholera do dziś uważam, że jest to coś, co potrafi mocno trafić do słuchacza.

Po kilku latach ponownie jego drogi skrzyżowały się z Fistachem. Duet, który wydał już kilka wspólnych numerów: „Quetzalcoatl” czy też „Hachi”. Tym razem oprócz wspomnianego producenta do muzyki dołożył swoje także Siberian. Dużo instrumentów z dodatkiem efektów skłaniających się ku synth-wave, trafiają idealnie w mój gust i rodzaj rapu, który tworzy Michał Wojtek. Wrocławski raper nigdy nie słynął z eksplozywności na swoich kawałkach. Raczej można go kojarzyć jako bardzo neurotycznego gościa, rzucającym wersy z dużym natężeniem emocjonalności. Dzięki temu podkłady nie są zbyt dynamiczne, a wibracje raczej uderzają w smutne, nostalgiczne tony. Idealne pod styczniowe wieczory i rozmyślanie o swoim mniej lub bardziej udanym życiu. Nie uświadczymy tutaj pokręconych podkładów czy bitów w stylu D’n’B, jednak robota wykonana przez duet producentów jest pod tym kątem świetna.

Lubię tę nienachalność tekstów Michała, bo łatwo jest wpaść w patos, gdy opowiadasz o swoich emocjach, miłości czy spojrzeniu na świat. Tutaj tak nie jest – od zawsze to był jeden z jego największych wyróżników, dzięki któremu muzyka rapera wchodziła mi z niezwykłą łatwością. Jeśli potrzebujesz nieco powiewu refleksyjnej muzyki, to „Worek na kości” wydaje się czymś idealnym dla takich słuchaczy. Wrocławianin, wracając po latach, robi naprawdę dobre wrażenie. Wersy na EP-ce nie są pisane w infantylny sposób. Przykładem mogą być linijki: „Gdzie granica między tobą a zwierzęciem? / Granica między zwierzęciem a mięsem? / Scena milknie, więc na niej nie jestem / Robię rap, tylko dlatego, że nie umiem nic więcej” z utworu „Gdzie indziej”.

Na EP-ce pojawia się tylko jedna gościni – Gaba Kościug. Jej udział w kawałku „Ślina” jest niewielki, ale dodaje do niego wiele uroku, będąc jedynie wokalem towarzyszącym dla Michała. No i kurczę… Jedna kooperacja wystarczy! Raper dowozi w każdym calu i boję się, że mógłby zaprosić kogoś absolutnie niedopasowanego poziomem do niego samego. Wojtek w ciągu 17 minut trwania „Worka na kości” nie zaliczył moim zdaniem słabszych momentów. Każdy z numerów jest na niezwykle dobrym poziomie, a utwory „Gdzie indziej” czy „Nwm czemu” na pewno na dłużej zagoszczą na moich słuchawkach.

Album ma dla mnie tylko jedną wadę – jest za krótki. Chociaż rozumiem pomysł. Wiem, że łatwo było tutaj doprowadzić do przesytu i przeładowania emocjami oraz przemyśleniami. Może w tym jest klucz – lepszy niedosyt niż bombardowanie nas nostalgią przez zbyt długi okres. Krótkie, lecz treściwe, na poziomie zapewniającym odsłuch przez następne dziesięć lat. Wszystko się będzie zmieniać w życiu, ale powroty do Michała Wojtka zostaną niezmienne.