Wrócił. W praktyce, po takim czasie tyle możemy powiedzieć po 1855 dniach nieobecności Kendricka, które sam policzył w zaledwie drugiej linijce albumu. W teorii wrócił i opowiedział o sobie więcej niż pięć, siedem czy dziesięć lat temu. Odhaczył przypowieści o Compton, bycie głosem społeczności czarnoskórych, relacjonowania pechowego życia Tammy i w końcu wybrał siebie. W swojej kolejnej wizualizacji postawił swoją osobę jako głównego bohatera, pozwalając nam zagłębić się w jego głowę, przy czym wielu z nas właśnie tego oczekiwało. Od ostatniego featu u SiR’a w 2019 roku słuch o Kendricku zaginął, a każdy jego znak życia odbijał się niemałym echem. Fani snuli teorie, licząc na najmniejszy trop w sprawie albumu, a on beztrosko pojawiał się na jakichś wydarzeniach, kręcił sobie klip albo – no właśnie – leczył się. Kendrick Lamar Duckworth poszedł na terapię. Tak jak dość niepozornie to brzmi, tak raczej każdemu dotkniętemu taką sytuacją niełatwo o tym mówić czy nawet wcześniej podjąć decyzję. On nagrał o tym cały album, spędzając w międzyczasie miesiące bez telefonu, aby odetchnąć, przemyśleć i prozaicznie odnaleźć sens życia. 

Na tym albumie wszystko wydaje się być nieprzypadkowe. Już to historyczne 1855 dni – wypadające 13 maja – ma łączyć się z piątkiem trzynastego, a to współgra z Wielkim Piątkiem (śmiercią Chrystusa na krzyżu). Kendrick – teraz Oklama – nie pozostaje dłużny swoim przydomkom, ten prawdopodobnie wywodzi się z języka czoktawskiego, oznaczając mój lud

Kendrick każdy utwór potraktował jako sesję terapeutyczną, wnikając w myśli, które krążyły w przeciążonej traumami głowie od małego. Swoje piętno na albumie pozostawił Eckhart Tolle – niemiecki nauczyciel duchowy – pojawiając się na Savior (Interlude), Count Me Out, gdzie gra terapeutę Lamara. Staje się mędrcem symbolizującym mądrości o ciele z nagromadzoną traumą i bólem w postaci energii zajmującej umysł. Dokładnie tak wygląda jeden z problemów Kendricka i Compton staje się jedną z głównych przyczyn. Pierwsze zabójstwo widział jako pięciolatek, przyzwyczaił się do przemocy z udziałem broni, ojciec był członkiem gangu, a to wszystko zrobiło z Lamara materialistycznego śmiecia. Wpadł w błędne koło rozkosznych zakupów, a pieniądze miały otrzeć jego łzy. Można się szybko domyślić, że tak się nie stało. W United in Grief przyznaje, że w żadnym stopniu go to nie uszczęśliwiło, bo rozpacza inaczej.

Pewien jest jednego – zawiódł ojca. W Father Time opisuje swoje życie jako obserwator, widząc mężczyznę dotkniętego toksyczną męskością i daddy issues. Wpajane wartości o nieczułości, bezduszności, a w tym wszystkim widzimy wyraźny dualizm. Zakorzenione traumy Kendricka wywodzą się i z powodu braku ojca, i w wyniku jego obecności. W niektórych czarnych społecznościach członkostwo w gangu to szczyt męskości, a dorastające dzieciaki bez ojców szukały mentorów wśród np. sąsiadów, widząc w nich symbol prawdziwego mężczyzny, którego nie miały przy sobie od narodzin. Kendrick był nieskutecznie odciągany od przestępczego życia rodzica, kiedy wystarczyło wyjść na ulice Compton i poznać tamtejszą społeczność. W gruncie rzeczy – z założenia ojca – Lamar miał się stać bezemocjonalnym, stoickim tworem, kiedy to w duszy grała mu ekspresyjność i wrażliwość, której szczytu zaznaliśmy teraz. Przekłada tę wiedzę na beef Drake’a z Kanye, gdzie jego duma nie pozwoliłaby mu zrozumieć pogodzenia się dwóch mężczyzn i byłoby to dla niego niepokojące. Whitney – partnerka Kendricka – namawiała go do wybrania się na terapię i w Father Time wpada wtedy jedna z jego ulubionych linijek „Real nigga need no therapy, fuck you talkin’ about?„. Na takiej kulminacji się nie kończy, Lamar nakłania do zaprzestania przelewania traum na kobiety i szukania tylko w nich wartościowego, dobrze wychowującego rodzica. Jednogłośnie dajcie spokój kobietom i zacznijcie od siebie.

Kendrick znany jest z tego, że jest nam nieznany. Media społecznościowe omija szerokim łukiem, a on pojawia się tylko z albumem z nowiną w środku. Nie bez powodu unika tego, co dla niego jest zagrożeniem. Nieautentyczny, zakłamany twór, pole minowe manipulacji i wyolbrzymień. Reaguje na falę mydlenia oczu sytuacją pandemiczną w Count Me Out czy N95, a w Worldwide Steppers media informacyjne nazywa prymitywną religią narzucającą własną, przyswajalną narrację, co zabiło świadomość ludzi. Wypatruje masy wad w poszukiwaniach ideałów wśród celebrytów, co staje się szkodliwe. Nie ma litości dla Instagrama, wytykając sugestie liczbą polubień, rzeźbiąc masę kłamstw, którymi ludzie się karmią. Prześmiewczo traktuje wizję celebrytów godnych zaufania, choć sam jest na takiego kreowany. Wyjaśnia wszystko i wszystkich, sam stając się ofiarą tego, co mówi.

Nie można przejść obojętnie wobec okładki, na której pierwszy raz widzimy w komplecie rodzinę Kendricka. W 2019 roku doszły nas słuchy o pierwszej córce, a od tego czasu dorobił się kolejnej pociechy, Henocha (imię od postaci biblijnej, syn Kaina). Ten prozaiczny sens życia odnajduje właśnie w rodzinie i w miłości, już bez wpływów swoich traum. Posłuchał żony, zaczął leczenie – pomimo odczuwanego upokorzenia – pozbywając się wieloletniego ciężaru. W Worldwide Steppers bezpośrednio nawiązuje do okładki, przedstawiając sielankowe spędzanie czasu z córką z koncepcją szukania zagrożeń i chronienia swoich dzieci przed niebezpieczeństwem, co podkreśla broń za paskiem.

Można śmiało stwierdzić, że tą bronią za paskiem Kendrick wiele razy strzela sobie w kolano. Piątek trzynastego okazał się być pechowym, kiedy na albumie ujrzeliśmy Kodaka, a potem okazał się on mieć własne interlude i pojawiać się na wielu trackach z pojedynczymi linijkami. Skąd to oburzenie? No cóż… pokaźna lista oskarżeń lub zarzutów napaści zdaje się być wystarczającym wytłumaczeniem. Kendrick wielokrotnie odwołuje się do wykorzystywania kobiet – co ciekawe, na albumie ich ból przedstawia głównie w kontekście fizycznym – o moralności mężczyzn wobec nich, a nawet przytacza historię swojej matki jako ofiary molestowania. I w tym wszystkim mamy bezpośrednią styczność z kimś, kto przełamał każdą z tych barier. Kodak się pojawia, opowiada o traumach przełożonych materialnie i o tym, że znajduje się w dużym lepszym miejscu niż kiedyś, przy okazji bojąc się o duchy przeszłości. Gra odpokutowanego grzesznika, jednak ta gościna w swojej niezwykłości wydaje się być pospolita i prawdopodobnie z takim właśnie zamiarem. Kodakowi zostało wybaczone – a raczej Kendrick to zrobił – i historia toczy się dalej,  jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.

Kolejny strzał pada w jeszcze bardziej dotkliwy temat i ten strzał wydaje się być tym ostatecznym. Kendrick  – walczący o prawa czarnoskórych, wyrzucający ze sceny białą fankę za n-word, rzuca faggot (wulgarne określenie na homoseksualistów) na lewo i prawo, licząc na powszechne zrozumienie i oklaski. Nie do końca się udało. Zaczynając od początku, Auntie Diaries to historia o dwóch transpłciowych osobach. Lamar zwraca uwagę na dysforię płciową, akceptację i prowadzi narrację bycia nieświadomym życia dzieckiem, co pozornie wyjaśnia wszystko. Obrazuje młodego siebie w nietolerancyjnym środowisku, rozumiejąc już dziwne spojrzenia na swojego transseksualnego członka rodziny, kiedy dla niego to zupełnie normalna sprawa. Tak Kendrick stworzył jeden z najbardziej kontrowersyjnych i mocniejszych utworów w swojej karierze. Przedstawia smutną rzeczywistość nazywania niewłaściwie płci, nietolerancji czy nadużyć f-word. Na tym się nie kończy, używa dead name swojej kuzynki, a nawet korzysta ze złych zaimków, wszystko dla niezbyt udanego sojuszu. F-word z założenia jest okej, jeśli białoskóra dziewczyna używa n-word, czyli cóż… nie do przyjęcia. Kontrowersyjność staje się celowa, ale jakim kosztem. Podkreśla ignorancję społeczności i głęboko zakorzenioną transfobię – która wydaje się typowa wśród ludzi – samemu korzystając z obraźliwych słów. Perspektywa jest oszałamiająca i odważna, ale zbędna. Wszystko to jedna wielka paralela do n-word, wszystko ma sens, jednak przekroczyło granice dobrego smaku.

Kłócąca się para w sześciominutowym utworze – składającym się w dużej mierze ze słów fuck you i bitch – również staje się niekonwencjonalna dla postaci Kendricka i bardzo znienawidzona przez wielu słuchaczy. Wraz z Taylour Paige obrzucają się obelgami, bo nie chce dać jej kluczy do auta – i tak zrodziła się ogromna, wzajemna agresja. Ciche granie pianina w tle, Florence rozpoczyna cały utwór, a nam pozostało szukać całego sensu w tych wyzwiskach. Mamy do czynienia z toksyczną relacją, z aroganckim Kendrickiem i Taylour, która po czasie zauważa, że to wszystko ma swoje źródło w traumach. Cały utwór – a nawet widowisko – staje się godne do odegrania na scenie, napięcie w melodii wzrasta wraz z punktem kulminacyjnym, jednak niezbyt korzystnym dla pary. Seks na zgodę – do czego Kendrick się rzeczywiście przyznaje w United in Grief i Mother I Sober – mający odwrócić uwagę od problemów, ale też podkreślić swoją miłość przeplataną z brakiem umiejętności rozmowy o uczuciach. Chciałam liryzm, to go dostałam w bardzo niespodziewanej formie i równie zadziwiający stał się odbiór tego utworu. We Cry Together to na pewno nietypowa opowieść i znalazła nawet drugie dno. Doszukano się reprezentacji Taylour jako fanów Kendricka – którzy tak bardzo nie cierpią go za nieobecność – a Lamar przedstawia siebie, ale jeszcze przed terapią, co jako przedostatni utwór idealnie domyka pierwszy dysk o odmowie leczenia i jego zmaganiach z tym związanych.

Kendrick – jako również ofiara – wspomina o traumie pokoleniowej. Mr Morale z podopiecznym pgLang Tannem Leone to utwór o niewypowiedzianych cierpieniach, które przewijały się pokolenia wcześniej albo o wpływowych wydarzeniach sprzed parunastu lat. Mama Kendricka była molestowana – więc natarczywie starała się go chronić – a on został poddany wyrzutom sumienia i złudnemu potępieniu swojej nieżyjącej już babci, bo nie potrafił pomóc matce. Odwołuje się również do Oprah Winfrey – także ofiary napastowania – i R.Kelly’ego wielokrotnie oskarżonego za napaści seksualne. Poddaje analizie, jak traumatyczne przeżycia z dzieciństwa piosenkarza wpłynęły na jego los i co by było, gdyby nic z tego się nie wydarzyło. W Mother I Sober rozszerza temat do raperów wykorzystywanych seksualnie, którzy swoje smutki zatopili materialnie. Po terapii Kendrick przestał karmić swoje traumy i priorytetem dla niego wydają się być dzieci wolne od przelanych ciężarów ojca sprzed lat. Raj stał się dla niego możliwością, a nie marzeniem.

Kendrick made you think about it, but he is not your savior.

Naklejka zbawiciela została odklejona, a Savior to absolutnie najlepszy utwór tego albumu. Przez całe 78 minut projektu Kendrick pośrednio lub bezpośrednio sygnalizuje, że on też popełnia błędy – jest tylko człowiekiem jak każdy z nas – i tym samym dochodzimy do apogeum w jednym z tracków. Pięć lat nieobecności i skargi na Kendricka się rozlały. Wydał prawdopodobnego kandydata na album dekady jako głos pokoleń czarnoskórych, a przemilczał sprawę śmierci Georga Floyda, nie wziął udziału w blackout tuesday na instagramie i generalnie nie istniał wtedy na żadnej płaszczyźnie. Fani oburzeni, a on zgrabnie odbija piłeczkę. Każdy dzień jego życia jest protestem i walką z nierównością rasową, a czarny obrazek wrzucony do internetu, to tylko złudna solidarność i walka. Nazywa to zwyczajnym milczeniem, bo to nic zupełnie nie zmieniło, a on ma prawo rozpaczać inaczej. Białoskórzy spędzą jeden dzień na proteście, Kendrick jako czarnoskóry z góry jest skazany na trudności. Podważa wsparcie korporacji – w Worldwide Steppers dodaje do tego wizję kościoła, organizacje non-profit oraz system edukacji dla nieuprzywilejowanych – oczekujące zysku ze swoimi wpływami i oszustwami. Akceptuje swoją dotychczasową rolę mesjasza, ale oczekuje zrozumienia, bo ma swoje słabości, chce zostać człowiekiem w naszych oczach i być na równi z fanami z prawem do popełniania błędów. Żyje w konflikcie z samym sobą, szukanie w ludziach tego, co najlepsze mu odpowiada, ale chce dostrzegać przy tym niezbyt kolorową rzeczywistość. Marzy o przestaniu przypisywania czarnoskórym celebrytom wcielenia zbawców i zrzucania całej odpowiedzialności zmieniania świata na nich.

Kendrick i kontrowersja to słowa nabierające tylko na sile razem, bo szczyt roli zbawiciela przeszedł sam siebie. Występ na Glastonbury Festival w koronie cierniowej – jego tegoroczny atrybut – która wraz z przebiegiem Savior krwawiła. To wszystko staje się nadmiernie ironicznie i ponownie wyszło kuriozalnie. Diamentowa korona z Tiffany & Co. warta 3 miliony dolarów to żart. Kendrick pokazuje swoją niedoskonałość, bo jest tylko zwykłym człowiekiem naśladującym Chrystusa, a w rzeczywistości przedstawia zupełnie odwrotne wartości. W Mirror wyznaje, że rola zbawiciela zaślepiła jego toksyczne zachowania, bo przecież cel zawsze uświęca środki.

Po pięciu latach pogadał i oczekiwań wielu uszu nie spełnił. Nie dostaliśmy drugiego HUMBLE., DNA., ELEMENT., a to, czego raczej nikt się nie spodziewał. Czy potrzebował? Zależy. Praktycznie żaden utwór nie otrzyma miana prawdziwego, apetycznego bangera, istnieje N95, ale raczej jako smaczny track do pokiwania głową. Pragnienia fanów zaburzył utwór – absolutnie najlepszy z wydanych Kendricka w tym roku – The Heart Part 5, który przedstawia to, czym całkowicie nie jest Mr. Morale & the Big Steppers. Niby zupełnie oddzielna seria – później dodana jako ostatni utwór w albumie – ale sample z I Want You Marvina Gaye, niepodrabialny teledysk zrobiły niesamowitą robotę, a jeszcze większe nadzieje. Tymczasem Kendrick na albumie to subtelny antonim do The Heart Part 5. Pośpiewał, pobawił się głosem i produkcją, zapodał nietypowe gościnki – pożegnalny album TDE i nikt stamtąd się nie pojawił – i w ogóle zaskoczył samym powrotem i treścią, 

Ten album to gigantyczna droga rozwoju z nieprzypadkowym podziałem na dwa dyski. Mr. Morale to zwątpienie, odmowa i klucz do blokady pisarskiej, której Kendrick był ofiarą. Natomiast The Big Steppers to postęp, żal za przewinienia i kulminacja w postaci odejścia z tronu zbawiciela. Wraz ze słuchaczem eksploruje indywidualne zdarzenia jednocześnie z przyczyną i skutkiem, powoli wyjaśniając nam, co się działo i jakie to miało skutki. Przełamuje tabu o terapii i nakreśla, że ani kupienie auta, ani stereotypowe pójście pobiegać nie usuną problemów i nie uszczęśliwią. Pierwszy raz Kendrick tak się otworzył i powiedział o sobie aż w nadmiarze, podkładając pod to melodię i zapraszając parę osób, aby mu w tym pomogły.

Kendrick Lamar Duckworth poszedł na terapię i uwolnił się od bycia zbawicielem. Wybrał siebie, swój komfort, szczęście i rodzinę. Uwolnił się od odpowiedzialności bycia głosem czarnoskórych, akceptując niespełnione oczekiwania fanów. Zrozumiał, że sam świata nie odmieni i najpierw musi zacząć od siebie. Odczuwa skruchę, że nie podołał, ale odpuszcza dla swojego dobra i dobrych relacji ze sobą i rodziną. Nie jest w stanie pogodzić walki o zdrową psychikę i bycia odpowiedzialnym za taką ogromną społeczność. Oddala się od centrum uwagi i odpuszcza. Wrócił jako zbawiciel, odszedł jako ojciec dwójki dzieci i po prostu człowiek.

I choose me, I’m sorry.