Zespół muzyczny BonSoul nadal istnieje i „jednak ma się dobrze” – właśnie dał światu swoje siódme wydawnictwo. Raptem sześć piosenek, w tym żadnej słabej, statystyka jest więc prosta. Chyba nikt nie lubi albumów–paraboli, mieszanin numerów świetnych, średnich i słabych – ten duet albo stara się takich nie robić, albo wychodzi im to naturalnie.
Nie jestem wielkim fanem solówek Bonsona. Głównie dlatego, że są właśnie takie, jak płyty opisane w poprzednim akapicie. Przez lata nagrywania nie do wszystkiego się przykładał, rapował na różnych produkcjach, wkradało się pustosłowie, można by wskazać wiele powodów takiego stanu rzeczy, ale nie o tym dziś. Spróbujmy o tym, że każda płyta ze słowami Damiana i muzyką Piotra jest bardzo dobra, a niektóre są znakomite. Skąd ten fenomen?
Oczywistym jest, że pan SoulPete to jeden z filarów polskiej sceny hip-hopowej. Tytan pracy, autor setek beatów, posiadacz mocnego, rozpoznawalnego stylu, który, choć to słowo przeeksploatowane na maksa, możemy nazwać klasycznym. Mamy tu zawsze sample, zazwyczaj mocne bębny, soulowy rodowód, ale nie tylko, znać tu bowiem osłuchanie w wielu gatunkach i czerpanie z nich. Te podkłady to precyzyjnie ułożone zamki z klocków szerokiej spuścizny klasycznych amerykańskich brzmień sprzed kilkudziesięciu lat, a ich znakiem rozpoznawczym jest nasycenie zsamplowanymi wokalizami – śpiewem i nuceniem. Wszystko to w czysto hip-hopowej stylistyce: w spokojnym tempie i konserwatywnej podziałce rytmicznej pamiętanej z lat 90-tych – i, jakimś cudem, słuchaczom rapu za cholerę nie chce się to znudzić. Może dlatego, że Pete pilnuje, aby budowane z tych elementów utwory były różnorodne: jasne, ciemne, słoneczne, burzowe, łagodne i agresywne, a nadal do zgadnięcia po jednej nutce: „Aha, to ten producent z Lublina”.
Do takiej muzyki swoje wokale nagrywa pan Bonson ze Szczecina, drugiego końca Polski – raper „w starym stylu”: piszący konkretami, rymujący gęsto i mocno trzymający się ziemi. Jego teksty opowiadają o życiu w mieście, alkoholu, narkotykach, problemach, imprezach, trudnościach, dobrych chwilach, kobietach i pieniądzach. Daleko im do banału, a jednocześnie blisko – przecież mówią o tym, co każdy z nas sam widział. Dlatego tak chętnie ich słuchamy, uśmiechając się pod nosem, bo każdy zna takie sytuacje – każdego czasem wkurwia wtrącający się w nie swoje sprawy typ, każdy ma kolegę, którego oszukała panna lub który źle traktuje swoją, każdy czasem ma ochotę walnąć coś mocniejszego, żeby odciąć się od emocji i całego świata.
W tych tekstach jest silny pierwiastek rzeczywistości, są zwierciadłem, czasem pobitym, w którego fragmentach możemy się przejrzeć – Bonson o tym wie i często gra tą kartą: „Kto dał wersy, aż ci włosy stały dęba? (…) Kto na siebie wziął to wszystko, co przygnębia?” – pyta retorycznie w singlu “Spadały gwiazdy”. Bezpretensjonalne, wulgarne i technicznie poskładane jak origami opowieści są nawinięte chropowatym, przepitym i przepalonym głosem. I są najlepsze, kiedy Bons spisuje je na płytę z SoulPetem. Nie wiem, czy wtedy przykłada się do linijek bardziej, czy pisze je inaczej, czy samo jakoś tak wychodzi, ale moim zdaniem zawsze tak właśnie jest.
Album zaczyna od klasycznego bragga, gdy w tytułowym utworze porównuje swoje rapowe skille do „mordobicia” po pijaku lub na kacu. To trochę taki „Styl pijanego mistrza”, trochę echo „Randori” – lubimy takie metafory, a ta jest nakreślona kompleksowo, zabawnie i zarapowana tak, że wierzymy w te przechwałki, bo brzmią jak zwykłe stwierdzenie faktu. Potem przestawia wajchę i dwa kolejne numery pisze o emocjach, tym razem dla odmiany pozytywnych i budujących. W „Róży”, ładnie nawiązując do „The Rose That Grew from Concrete” 2Paca, opowiada o głębokim i wielowymiarowym uczuciu łączącym go z żoną. W „Ooo ooo” dodaje wersy o reszcie rodziny. Ech, ten chwyt, gdy wytatuowany, groźny twardziel przyznaje, że „kocham cię”, usłyszane od córeczki, jest dla niego życiową latarnią, musi działać – tylko głaz lub cynik by się nie wzruszył.
Czy „Trelemorele kurwy i cwele” to mój ulubiony numer z albumu? Na dziś pewnie tak: trafia do mnie ten liryczny, ciemny podkład, sunący dostojnie wśród uderzeń klawiszy, przypominających ciężkie krople spadające z sufitu wilgotnej piwnicy. Lubię te opowieści o nieuczciwych kobietach i zakochanych w nich dobrych chłopakach, o drobnych cwaniaczkach udających gangsterów i zapatrzonych w nich, naiwnych dziewczynach – słyszałem je od Bonsona już tyle razy… „Młoda lubi gości z takim dużym logiem z przodu./ Się kładzie, bo jest głupia, a ten kurwa gość jest łobuz”, „A ty się młoda z czego znowu, głupia, cieszysz, z Korsa?/ Z chuja, a nie z Korsa, te wasze torebki – obciach.” – to kwintesencja tych rejonów stylu Bonsa. Czemu mi się to nie nudzi – nie wiem. Może dlatego, że brzmi jak krótki, rzeczowy raport od kogoś, kto widuje to na co dzień, dawno powinien zobojętnieć, ale jednak wciąż go to mierzi.
Imponuje mi, jak bezpretensjonalnie i szczerze potrafi opowiedzieć o roku swojego życia w zamykającym album „Jutro będziemy się z tego śmiać” – w jednej trzyminutowej zwrotce pokazuje własną perspektywę na wszystkie niedawno minione wydarzenia, których fani są ciekawi. Lubię takie zabiegi i chciałbym je słyszeć częściej – apeluję: powiedz, co u ciebie, raperze. Zobacz, jak to robi Bonson ze Szczecina. Można.
No i to by było tyle, 20 minut przeleciało. Włączam od początku. I znowu. I znowu, bo chce się tego słuchać. To układanka, w której wszystkie elementy idealnie współgrają. To powrót znajomych, których słuchamy od 2010 roku – ci sami koledzy, a tym razem jakoś u nich jaśniej, więcej słońca w życiu, a blizny powoli się goją. „Świat oddaje tobie w końcu, bo zasuwasz”? „No i spoko, niech oddaje, nie narzekam”, wciskam repeat. Jeśli to będzie koniec, zrobiliście swoje i nie ma się do czego przyczepić – dobra robota. Jeśli nastąpi ciąg dalszy, niczego mniej niż dotychczas się nie spodziewam. W ciągu minionych 15 lat formuła Damian + Piotr stała się polskim hip-hopowym perpetuum mobile.




