UGK to mój ulubiony duet rapowy. Bun B jest jednym z najlepszych raperów z południa Stanów Zjednoczonych, przez lata szlifującym umiejętności, słownictwo, kontrolę oddechu czy flow na wzór nowojorskich mistrzów mikrofonu. Uwielbia hip-hopowe konfrontacje i okazje do udowodnienia swojej wielkości. Pimp C to wspaniały producent, nieziemsko charakterystyczny i charyzmatyczny raper, ale przede wszystkim: osobowość. Każde jego pojawienie się przed kamerą zwiastowało pamiętny moment: cytat, żart, wybuch, obrazę kolegi z branży lub mądrość jej weterana. Połączenie tych dwóch unikatowych mężczyzn przyniosło kulturze hip-hopowej sześć świetnych płyt. Perłą w koronie dyskografii UGK (i w ogóle południowego rapu) jest ich trzeci album, wydany w 1996 roku Ridin’ Dirty. Zawiera on w sobie wszystko, co w charakterach Buna B i Pimpa C najlepsze: wrażliwość artystyczną, wyczucie smaku, surowe emocje, atmosferę, charyzmę, umiejętności i popisy rapowe, chwytliwe refreny. Jest płytą wybitną, chociaż docenioną bardziej w środowisku hip-hopowym niż poza nim.

W 1996 roku oficjalna, udokumentowana wydanymi płytami historia UGK trwała cztery lata. Ich pierwszym LP było wydane w 1992 Too Hard to Swallow, a dwa lata później udany debiut przebili drugim albumem, zatytułowanym Super Tight. O ile Pimp C od początku emanował urokiem i osobowością, tak Bun B z projektu na projekt – z porządnego rapera przeistaczał się w jednego z najlepszych MC. Od początku kariery związani byli z wytwórnią Jive. I również od początku kariery współpraca niepokornych rapujących małolatów z branżową maszyną nie układała się najlepiej. Chociaż Jive był mniejszą firmą od gigantów rynku – Warner Bros., EMI, Elektry, Universala czy Atlanticu, nadal był majorsem. I nie miał pojęcia, jak promować hip-hop. Oczywiście, kontrakt UGK nadzorowali po obydwu stronach prawnicy, którym zależało na dobrych relacjach z wytwórnią, a nie dobru artystów. Oczywiście, był on niesprawiedliwy. Gdy Bun i Pimp opuścili biuro Jive i świętowali sukces, na korytarzu budynku spotkali weterana sceny – KRS-One’a. Ten, bardzo zdziwiony, że kontrakt został podpisany natychmiast, westchnął ciężko i życzył im powodzenia. Skonsternowani młodzianie zastanawiali się, co to miało oznaczać. A był to pierwszy zwiastun długich lat wypełnionych problemami.

Po wydaniu Super Tight w 1994 roku UGK wpadli dodatkowo w poważny konflikt ze swoim menadżerem: Byronem Hillem (współpraca z nim układała się jeszcze gorzej niż z Jive). W pewnym momencie zatarg eskalował nawet do poziomu grożenia bronią Hillowi przez Pimpa C. Płynność finansowa, której fundamentem powinna być sprzedaż albumów oraz koncertowanie, wymagała dodatkowych aktywności: Pimp zmuszony był produkować muzykę dla innych zespołów (np. X-Mob i Critical Condition), a Bun częściej udzielać się gościnnie. Ze względu na kompletny brak zaufania, UGK zatrudnili w miejsce Byrona Hilla matkę Pimpa C (Weslyn Monroe, nazywaną przez wszystkich troskliwie: Mama Wes), a z Jive Records kontaktowali się bezpośrednio. Wtedy też pierwszy raz otrzymali od wytwórni naprawdę istotny zastrzyk gotówki ­– zaliczkę na poczet trzeciego albumu grupy: Ridin’ Dirty. UGK nagrywali tę płytę w Chicago, z pracownikami wytwórni oraz szeregiem instrumentalistów. Po powrocie do Port Arthur puścili efekty swojej pracy Mamie Wes. Ta, przez lata wspierania syna i współpracy z zespołem, wyrobiła sobie gust w kwestii rapu, a jej opinia wiele znaczyła dla Buna i Pimpa. Tym razem nie kiwała głową, a między trójką zapadła niezręczna cisza. Stało się – Mama Wes uważała, że efekty pracy w Chicago nie tylko nie stoją na poziomie wcześniejszej twórczości UGK, a są po prostu fatalne. Pimp i Bun, pomimo wyraźnej dezaprobaty Jive Records (która wydała furę pieniędzy na sesje w Wietrznym Mieście), usunęli wszystkie nagrania i rozpoczęli proces od zera. W poszukiwaniu inspiracji i w celu zachowania teksańskiego, autentycznego charakteru, zwrócili oczy w stronę legendy Houston, muzycznego geniusza, mentora większości rapowej sceny miasta – DJ-a Screw. Jego mixtape’y stanowiły wzór, według którego miał powstawać trzeci album UGK.

Pomimo traktowania nagrań bardzo poważnie – w końcu godzina studyjna kosztowała ok. 125 dolarów – UGK nie traktowali studia jako świątyni. Pimp C funkcjonował przez większość czasu pod wpływem marihuany, a Bun wpadał na nagrania po nocnych imprezach. Wiele godzin spędzili na wspólnej pracy z innym znakomitym, wszechstronnym producentem – N.O. Joe-m. Pimp i Joe znaleźli sposób na dzielenie się pracą i nad wieloma bitami pracowali obydwaj – chociaż zazwyczaj tylko jeden z nich podpisany był jako autor, to często Pimp tworzył szkic, a N.O. Joe uzupełniał i komponował finalną wersję, lub też role się odwracały. Mama Wes pozostała największym krytykiem twórczości UGK – a jako matka, mogła pozwolić sobie na swobodniejsze przekazywanie swoich myśli Pimpowi niż większość jego kolegów po fachu.

Chociaż bardzo kojarzony z południowym, „wiejskim” brzmieniem (w amerykańskim, „country” znaczeniu), Ridin’ Dirty sporo czerpie z zatopionych w funku hip-hopowych produkcji rodem z Zachodniego Wybrzeża. Pimp C i reszta producentów sampluje utwory Isley Brothers, Bootsy’ego Collinsa, Isaaca Hayesa, jak również Curtisa Mayfielda i Wesa Montgomery’ego. Wydaje się, że wynika to z inspiracji będącymi ówcześnie w komercyjnym i kreatywnym szczycie produkcjami Dr. Dre, DJ-a Quika, Anta Banksa czy Cold 187uma. Tym niemniej – Pimp już wcześniej zabawiał się z funkowym basem i bujającymi samplami. Na Ridin’ Dirty wynosi swoje produkcje na wybitny poziom. Bity – umiejętnie wykorzystujące przestrzeń i wydłużone dźwięki piszczałek oraz twarde, surowe bębny – są leniwe niczym przejażdżka cadillakiem po rozgrzanych asfaltowych ulicach Houston, a jednocześnie niepokojące niczym słynne „przeznaczenie za zakrętem”. One same w sobie tworzą atmosferę i opowiadają całe życiorysy, a w połączeniu z talentami Buna B i Pimpa C – stanowią arcydzieło gatunku. Na przestrzeni kilkunastu minut mamy okazję poczuć sentyment, smutek, grozę, odprężenie i chęć zabawy. Głęboki groove, wyeksponowany bas i wykorzystanie swingu przynoszą doskonale znany słuchaczom rapu efekt mimowolnego bujania głową oraz dają UGK szansę na budowanie lirycznych światów w każdym utworze.

Pod kątem wokalnym i tekstowym: Bun B i Pimp C są w pewnym sensie swoimi przeciwnościami. W twórczości UGK nie ma ryzyka powtórzeń schematów rymów, nudy tematycznej czy zbyt podobnego podejścia do tekstów. Bun B jest raperem o głębokim głosie i znakomitym warsztacie rapowym, wyszlifowanym poprzez długie godziny treningu, MC mogącym rywalizować na trackach z największymi tego gatunku. Jego flow jest zdecydowanie bardziej rytmiczny i zdyscyplinowany, mniej melodyjny, nie pozostawiający miejsca na nucenie i podśpiewywanie. Pimp C stawia na osobowość – zapadające w pamięć wersy zaskakujące nie zmyślnym złożeniem technicznym, ale sączącym się z głośników charakterem, pełnym wachlarzem emocji, nagłym przechodzeniem z agresji do żalu. Jego flow jest pełen melodii i ekspresji wokalnej, niemalże w każdym utworze szukającym ucieczki w ozdabianie swoich zwrotek. W Polsce kiedyś była tendencja do nazywania głosu Pimpa „miauczącym” – w pejoratywnym znaczeniu. Osobiście uważam jego wokal za jeden z najciekawszych w historii gatunku.

Chociaż Ridin’ Dirty nie zawiera, w mojej opinii, słabych momentów, to dwa utwory godne są bliższego przedstawienia. One Day, wydany jako jedyny singiel z Ridin’ Dirty (na stronie B znalazła się ocenzurowana wersja Fuck My CarRide My Car), początkowo nagrywany był z myślą o albumie The Wicked Buddah Baby rapera wykonującego w nim pierwszą zwrotkę: Mr. 3-2. Ze względu na dłużący się proces kończenia współpracy z wytwórnią Rap-A-Lot, 3-2 nie wiązał z utworem planów w najbliższej przyszłości, więc Pimp C namówił go, by za odpowiednią opłatą oddał piosenkę UGK. Bun B nie był przekonany co do umieszczenia tak wolnego, sentymentalnego utworu na Ridin’ Dirty, ale Pimp twardo twierdził, że duet potrzebuje równowagi w swojej muzyce i One Day przyniesie takową, z korzyścią dla albumu. Jakże słuszna była to decyzja! One Day odsłania emocjonalną, wrażliwą stronę obydwu raperów, kojarzonych do tej pory głównie z opowieściami o sprzedaży zakazanych środków. Zwrotka Pimpa C opowiada o pożarze, w którym zginął pięcioletni synek dotychczasowego hypemana UGK – Bo Bo Luchiano (który po tej tragedii nigdy nie wrócił do rapu i koncertowania), dotyka też historii dwóch szkolnych kolegów z Port Arthur, odsiadujących odpowiednio: 40 i 19 lat pozbawienia wolności. Bun B wspomina z kolei Terraine’a Boxa – swojego kolegę z klasy, zabitego podczas kłótni przy grze w kości.

One Day trafiło na album na prośbę Pimpa, więc Bun zażyczył sobie szybszego, fundamentalnie hip-hopowego jointa, by mógł błysnąć umiejętnościami, zaimponować kolegom po fachu. Tak powstał Murder. Wielu raperów i ludzi związanych z kulturą hip-hopową (np. T.I., Big K.R.I.T. lub pisarz Shea Serrano) uważa 32 wersy Buna B w Murder za jedną najlepszych zwrotek w historii rapu. Kosmiczne nawarstwienie rymów, metafor, zarapowane w tempie szybszym niż możliwy do przyswojenia przez mózgi większości słuchaczy stanowiło skrajnie inną jakość niż ta, do której przyzwyczajeni byli przeciętni odbiorcy. A dodać trzeba, że Bun nagrał Murder po imprezie klubowej, prawie zasypiając.

Wrażliwość, problemy osobiste, cienie codzienności i zrównoważenie wymienionych z rapowymi przechwałkami przyświecały Pimpowi i Bunowi podczas nagrywania Ridin’ Dirty. Nigdy wcześniej nie opowiadali oni z takimi szczegółami o swoim życiu. Matka dziecka Pimpa – Nitacha – usłyszała na albumie wersy pod adresem swoim, a nawet swojego ojca. Oczywiście nie czuła się komfortowo, stawiana jako czarny charakter utrudniający kontakt z dzieckiem, ale odpowiednio wcześnie uprzedzona i przeproszona, rozumiała potrzebę artystycznego wyrazu. Odmawiała komentowania relacji z raperem i odsyłała zainteresowanych do uważnego przesłuchania albumu. Pimp opowiadał również o innych członkach swojej rodziny: babci wiecznie namawiającej go do wizyt w kościele (do wątpliwości religijnych powrócił 13 lat później w genialnym utworze Living This Life), wujku pracującym na platformie wiertniczej czy kuzynce świeżo po ślubie. Jednocześnie, zgodnie ze stereotypowymi rapowymi fundamentami, UGK na przestrzeni całego albumu dają ujścia swoim zamiłowaniom do kobiet, samochodów oraz przemocy. Ridin’ Dirty, jak większość wybitnych albumów hip-hopowych, pokazuje obydwie strony osobowości twórcy – tę jasną, wrzeszczącą przeciwnikom w twarz o swojej wyższości, jak i tę ciemną, przez którą ci nie mogą zasnąć i popadają w paranoję.

Ważną rolę na Ridin’ Dirty odgrywa również Smoke D – kumpel UGK, odsiadujący wyrok w więzieniu w Missisipi. Koledzy przemycili mu do celi magnetofon, na którym nagrywał na kasety opowieści zza krat, opisując swoją codzienność i dając bliskim do zrozumienia, że wszystko u niego w porządku. Planem UGK i Ricka Royala (kolegi-rapera, mającego wedle pierwotnego, ostatecznie niezrealizowanego planu pełnić funkcję producenta wykonawczego Ridin’ Dirty) było wykorzystanie w skitach między utworami dialogów z klasycznego filmu gatunku blaxploitation The Mack. Słuchając kaset Smoke’a D, Pimp zrozumiał, że narrację albumu ma już nagraną i nie musi uciekać się do pożyczania z filmów. Po premierze Ridin’ Dirty, celę Smoke’a oczywiście dogłębnie przeszukano, a wedle jego relacji – strażnicy byli bardziej pod wrażeniem jego pomysłowości, niż zirytowani faktem, że nagrania trafiły poza mury więzienia. 

Bun i Pimp byli ogromnie dumni z efektu końcowego. Uważali Ridin’ Dirty za pierwszą w ich karierze prawdziwą, pełną reprezentację brzmienia i stylu UGK. Chełpili się muzyką, tekstami, a nawet kierunkiem artystycznym okładki i dołączonej książeczki. Byli dumni również ze swoich wcześniejszych dokonań, ale Ridin’ Dirty było czymś innym – czymś naprawdę wyjątkowym. Jednak moment premiery wydawał się nieco rozczarowujący. UGK nie miało hitu radiowego, teledysku, porządnej promocji, na którą płyta zasługiwała. Mimo to, w pierwszym tygodniu LP sprzedał się w 67 tysiącach egzemplarzy – czyli w przeciągu tych dni lepiej niż albumy Celine Dion, LeAnn Rimes i The Fugees. Z czasem Ridin’ Dirty zyskiwało coraz większe uznanie i rozgłos, rozchodząc się finalnie w nakładzie 850 tysięcy egzemplarzy i przynosząc UGK pierwszą Złotą Płytę. LP zrobił wrażenie na kolegach z branży: Tupac usłyszał Ridin’ Dirty dzięki wybitnemu MC z Houston – Scarface’owi – i natychmiast ogłosił członkom swojej grupy Outlawz, że chce nagrać z UGK wspólne utwory. Jak domyślają się osoby znające jego historię – nie zdążył. Peany w stronę UGK wygłosił również Method Man, gdy trójka wpadła na siebie przy okazji oficjalnej premiery albumu Richie Richa. Wesoły nastrój opadł w momencie, gdy radio ogłosiło śmierć 2Paka – tydzień po strzelaninie. Do fanów UGK wkrótce dołączył również legendarny Ice-T, którzy odwiedził Pimpa C i Mamę Wes w Los Angeles.

Tak jak przed Ridin’ Dirty, tak i po wydaniu Ridin’ Dirty – nienajlepiej układała się współpraca UGK z Jive Records. Wytwórnia wydawała budżet nagraniowy zespołu wedle własnego widzimisię, nie konsultując z duetem np. produkcji telewizyjnej reklamy albumu (narzędzia znacznie mniej skutecznego niż np. teledyski), czy wysyłając ich na darmową trasę promocyjną, obejmującą 50 przystanków. A pamiętać należy, że koncerty były podstawowym źródłem zarobku duetu.

Ridin’ Dirty nie okazało się tak przełomowym momentem, jak powinno biorąc pod uwagę jakość albumu, ale nadal – stanowiło ważny krok w stronę uznania i większej popularności. Dalsza historia UGK obejmuje m.in. bardzo poważny konflikt z Masterem P (obejmujący m.in. pobicie i porwanie Pimpa C), wstrzymywanie wydania czwartego album Dirty Money przez Jive, ogromny hit Big Pimpin’ nagrany z Jayem-Z, odsiadkę Pimpa w więzieniu, bezprecedensową falę gościnnych zwrotek Buna B i spopularyzowanie hasła „FREE PIMP C”, solowe płyty, genialny podwójny album Underground Kingz, kryzys w relacjach duetu, aż po nagłe urwanie opowieści przez tragiczną śmierć Pimpa C 4 grudnia 2007 roku. Układów między członkami UGK nie udało się w pełni naprawić. Podłamany sytuacją Pimp ponoć stwierdził podczas jednej z sesji nagraniowych swoich podopiecznych, że „nie może uwierzyć, ale UGK się skończyło.” Nie dowiemy się, jak historia potoczyłaby się dalej. Widzimy za to zapłakanego Buna B w serialu dokumentalnym Ewolucja Hip-Hopu, wspominającego zmarłego przyjaciela i opowiadającego, że „Pimp wiedział, że nie będziemy mieć tego, co inni – mieliśmy tylko swoją muzykę. Poświęcił całe swoje życie, by się nam powiodło”. Dzisiaj Bun B ma własne święto w Houston, Pimp poświęcone sobie muzeum, a UGK status legendy rapu.