Zapraszamy na podsumowanie najfajniejszych singli z 2025 według tej części redakcji, która znalazła chwilę na napisanie paru słów. Miłego słuchania. Podsumowanie albumowe tutaj.

[Matt]

Kotolga – FINLANDIA

W nurcie tiktok/viral music Kotolga nie miała sobie równych w 2025 roku. Do topki wybieram „FINLANDIĘ” – czyli kawałek przepełniony słówkami zgłoszonymi do Młodzieżowego Słowa Roku. W większości to niegroźne głupotki, jak w natychmiastowo wżerającym się w głowę refrenie: „Każdy kot na dzielni ma mieć sigmę, rizz i chainy”, innym razem linijki, dzięki którym można podnieść kąciki ust: „Daję styl na viral, a ty stary jak Nokia”. Przede wszystkim jednak Kotolga pokazuje, że można rapować o niczym w ciekawy sposób – wszakże „FINLANDIA” ma jasno określony i dowieziony koncept, dzięki czemu poczucie krindżu wywołanie pustosłowiem oddala się w nieznane niczym Buka z Muminków. Na sukces Kotolgi pracują też producenci – haranczykov i yeegorek – którzy podrzucają jej zwariowane, hyperpopowe produkcje idealnie nadające się do skakania i shuffledensowania. Choć przez niespełna dwie minuty można się solidnie przebodźcować, to w 2025 roku zostałem oficjalnie sfinowany i czekam na kolejne hity Kotolgi.

Andrzej Szewczyk – Słabe serce

Dawno żaden bit nie przeniósł mnie w złote czasy polskiego truskulu. Chociaż on nawet taki nie jest, bo brakuje mu klasycznie i mocno tłukących bębnów. Niemniej ten cudowny sampel i jego nostalgiczny wajb przypominają mi okres, w którym chłonąłem polski rap jak gąbka. Dodajmy do tego cuty z Zioła i Pjusa otwierające kolejne szufladki w głowie i „cieszy mi się ryj, jak słyszę to pianinko”. Kościey z Kadetem brzmią jak raperzy, którymi chciałoby się być samemu – luźny styl, fajne wersy, coś tam poskładane tu i ówdzie. Bardzo sympatyczne mordy, postawiłbym po czteropaku.

Clipse – The Birds Don’t Sing

Po długo wyczekiwanym powrocie Clipse mogliśmy oczekiwać zestawu utworów oscylujących wokół luksusowego trybu życia i o tym, ile kokainy musieli sprzedać, by przestać martwić się o teraźniejszość. Dlatego „The Birds Don’t Sing” otwierające „Let God Sort Em Out” porusza jeszcze bardziej niż powinno. To tren o stracie rodziców: Pusha T opowiada o tym, jak wielkie pustki uczyniło w jego sercu odejście matki. Wers o tym, że trudno odnaleźć mu się w życiu „bez swojego kompasu” uderza tym mocniej, że zwykle jest bezwzględny, brutalny i zdaje się być pozbawiony słabości, Malice dokłada swoje, kreśląc historię o tym, jak przeszedł go zimny dreszcz, gdy – choć wiedział, że ojciec jest w domu – nikt nie otwierał mu drzwi przez dłuższy czas, a po chwili odnalazł jego ciało w kuchni. To obnażenie się przed słuchaczami już w pierwszym utworze sprawiło, że pierwszy odsłuch „Let God Sort Em Out” przeradzał się w mistyczne przeżycie. Warto by zostawić jeszcze ciepłe słowo o oszczędnym bicie Phrarrella Williamsa, który zostawia raperom dużo miejsca na przekazanie emocji, tylko po to, by wystrzelić podczas refrenu śpiewanego przez Johna Legenda.

[Marcin Półtorak]

C’est Ça – Sunrise

Co mi się tu tak właściwie podoba? „Przecież tu nic nie ma”. Sporo odsłuchów potrzebowałem, zanim wreszcie dotarł do mnie urok niby wtórnych pasaży gitarkowych i super przyjemnej barwy wokalu. Jest też niewymuszona, delikatna przebojowość refrenu, trochę jak z debiutu Coldplay, sprzed ery pomnikowych hymnów na PGE Narodowym. Relaksujące i przyjemne.

Black Thought/Danger Mouse – Up (feat. Rag’n’Bone Man)

Pierwszy album Black Thoughta i Danger Mouse’a był kosmicznie dobry, a jeśli całość drugiego będzie na poziomie tego singla, to ja zupełnie nie wiem, skąd skombinuję skalę do oceny. Wszystko w „Up” jest super. I prosta, ale niosąca i odpowiednio gęsta perkusja, i wwiercający się w łeb refren, i bas, i smyczki, i synkopa pianina. Przepraszam, ale Black Thought, mimo bycia jednym z najlepszych raperów, jacy kiedykolwiek stąpali po Ziemi, jest tutaj bohaterem drugiego planu.

Nova Twins – N.O.V.A

Nie wiem, czy jest jakiś zespół, u którego przepaść między umiejętnościami a poziomem płyt jest równie wkurwiająca, co u elektroniczno-rapowo-rockowych wariatek z Nova Twins. Ubiegłoroczne „Parasites & Butterflies” to trzeci z kolei długograj, na którym uporczywie nadal nie chcą rozwinąć skrzydeł. Na szczęście trafiło się tu parę strzałów na miarę playlisty „kozaki z 2025”, w tym to absolutnie zajebiste „N.O.V.A”. Żaden inny track z P&B nie jest tak zadziorny, nie ma takiego gimnazjalnego (to komplement) riffu ani nie prowokuje do skakania od ściany do ściany jak ten banger.

[Ania]

xaviersobased & OsamaSon – uncomfy

Zabierzmy dzieciom komputery. Albo zróbmy ścisły selekcyjny program, gdzie tylko wybrane jednostki dostaną dostęp do FL Studio. Ilość bitów zrobionych z gówno sampli wyjebało poza skalę: czy to jakieś popowe hity przerobione na UK rapsy, wygenerowane przez AI soulowe kawałki jako podkłady Alchemist type beatów. Nie masz pomysłu? Wystarczy, że podbijesz ten bas, to fani rapowego undergroundu (czyli piętnastolatkowie) powiedzą, że idzie twardo i że starzy nie wiedzą, co dobre. Może 23 lata oznacza, że już jestem stara, ale staram się przebierać w tych chaotycznych scenach. „uncomfy” to kawałek, który chciałabym, żeby stał się modelem dla nowych trendów. Dwie postaci: agresywny i nieobliczalny OsamaSon oraz ostatni wojownik wyluzowanego Soundclouda, czyli xaviersobased. Połączyli się na bicie (stworzonym przez brata Xaviera), który pokazuje, że wśród milionów internetowych twórców są ludzie, którzy wiedzą, co robią. Zamiast typowego basowego napastowania, nasze uszy są opętane przez black metalowy sampel – spełnia w sumie tę samą rolę, ale brzmi o wiele bardziej pozaziemsko, bardziej cloudowo niż rage’owo. W nieprzepartej energii jest też zmęczenie, spokój, harmonia: balans, który we współczesnym rapie trudno znaleźć. Szybkie rytmy, depresyjne linijki i ksylofonowe przerwy są połączone w najlepszy trapowy kawałek tego roku. Błagam więcej takich rzeczy i otwarcia się rapowego dyskursu na tych młodych dwudziestoletnich ziomków. Przyszłość hip-hopu z nimi jest jaśniejsza.

Ziomcy & Kajzer Zielone światło

Kocham nienawidzić odtwórczość polskich rapsów. Uwierzcie. Dlatego to był dla mnie najgorszy możliwy rok – spodobało mi się mnóstwo polskiego hip-hopu. Świetnie bawiłam się w szaleństwie Drabusheyki; jako jedna z niewielu odnalazłam serce w schafterowym „palimpseście”; Kosma Król nawija tak płynnie, że wchodzę w moment bezwładności; Aljas zrobiła niesamowity throwback do Memphis; Karuzelkaaa podał najbardziej wzruszające wersety hip-hopowe roku, ale to Ziomcy byli na szczycie mojego podsumowania. Ich tegoroczny mikstejpo-projekt „Skarb Państwa” absolutnie mnie zaczarował swoją chwytliwością, wyluzowaniem bitów i nawijki, mądrych i śmiesznych porównań. Na trackliście nawijacze, którzy mają ogromną charyzmę, produkcja oparta na ambientach i innych wave’ach. Najwięcej na repeacie zapętlało się u mnie „Zielone światło”. To ile razy pod nosem zaśpiewałam ten refren: „Mam zielone światło i kieszeń idioty / jak minę się z prawdą, to spojrzę jej w oczy […]” – Igor i Kajzer mają bardzo różne barwy głosu, ale rapują podobnym, apatycznym, zjaranym stylem w stylu najlepszych z zagranicy jak MIKE, Navy Blue, RealYungPhil czy Niontay (chłopaki z resztą supportowali temu ostatniemu). O wiele lepiej jednak jest usłyszeć nawiązania, liryczne sploty i zgłoski w języku polskim. Jestem w euforii, że takie rzeczy możemy też robić w Polsce – nareszcie rodzi się złożona alternatywa do bezsmakowego mainstreamu.

Backxwash 9th Heaven

W tym roku kanadyjska raperka przeszła samą siebie. „Only Dust Remains”, jej piąta płyta, pozostawia eksperymenty metalowe i skupia się na prawdziwym, esencjonalnym hardcore hip-hopie. Backxwash nawija o trudnościach ze zdrowiem psychicznym, politycznych i humanitarnych kryzysach („From the river to the sea, Palestine will be free”), wewnętrznej walce o samą siebie – żeby nie ulec szaleństwu wokół. „9th Heaven” to piosenka o mierzeniu się z próbami samobójczymi. Przepiękny sampel, bogate syntezatory podbijają minimalistyczny, boom bapowy bit, ale magia dzieje się tu w performansie i refrenie. Pierwsza linijka „Ain’t nothing sweeter than the last breath” od razu stawia karty na stole. Żeby przytoczyć wszystko, co mnie głęboko rusza w tej zwrotce, musiałabym wstawić ją w całości. Lepiej, żebyście doświadczyli jej sami, ale zwrócę uwagę jedynie na głównych linijkach: „I feel the pressure / Right from under my sweater / The trumpet and the horns / The drummer coming / And this is it / I’m going out like a bitch”... W trakcie, gdy Ashanti mówi o niebiańskich chórach, dołączają się one do podkładu. W tym krótkim momencie Backxwash sprawia, że razem z nią stoję na framudze okna. Patrzę w dół, wszystko może się skończyć już teraz. Bolesna codzienność, praca, moje błędy nie będą miały już znaczenia. W ostatniej chwili cofam nogę i myślę „czy warto?”. Piosenka, o której piszę, ma otwarte zakończenie, ale płyta w swojej całości mówi jasno: „Zawsze warto tutaj zostać”. 9th Heaven to jeden z najbardziej wzruszających momentów w hip-hopie tej dekady. Nawet jeśli trudno go przełknąć, brzmi zbyt pięknie i wciąga za bardzo, żeby go zignorować.

[Modest]

Mobb Deep – Pour The Henny

Wyobraźmy sobie, że istnieje na świecie osoba, która nie wie, czym jest rap. Kiedy poprosiłaby mnie o wskazanie jednego utworu, który powie jej wszystko o hip-hopie, wybrałbym „Pour The Henny” od Mobb Deep. Dla mnie to definicja rapu. Numer idealny. Gdybym trafił na niego w wieku 13 lat, zakochałbym się w hip-hopie jeszcze mocniej niż miało to miejsce. Prosty beat, do którego wykorzystano hipnotyzujący sampel, wspierający kumpli z Queensbridge Nas, od drugiego albumu z Hit-Boyem będący w szczytowej formie. Najlepszy utwór z udanego przecież powrotu – „Infinite”. A już na pewno najczęściej przeze mnie przesłuchany i za każdym razem odzywa się we mnie nostalgia, gdy go włączam.

Gruby Mielzky – Baśka

Gruby Mielzky jest osobą dowcipną, co można zauważyć choćby podczas jego streamów. W rapie również mu się to zdarza, gdy opowiada o czymś nieprzyjemnym i co jakiś czas dorzuci jakiś zabawny wers. Coś na kształt polskiej szkoły dramatu – dość długo myślałem, że „Dzień świra” jest komedią. „Baśka” natomiast to utwór w stu procentach poważny, którego autor nie jest już młodym „wilkiem”, a słychać to choćby w starannie wyważonych słowach i powadze, z którą je wypowiada. To hołd dla mamy rapera, momentami przedstawiony w uroczy sposób (na przykład za sprawą wersu o samolocie). Pani Barbara jest również powodem do przywołania kilku wspomnień z dzieciństwa Mielzkiego, w których się pojawia. Tak czy inaczej słuchacz ma pewność, kto powinien być najważniejszy, a z treścią utworu może utożsamić się właściwie każdy. Warstwa muzyczna tylko potęguje słowa rapera i wywołuje u słuchacza nostalgię. A cuty z instrumentów zamiast wokali przeważnie robią lepsze wrażenie i nie inaczej jest tym razem.

[Disco Musicam]

Amaarae – S.M.O.

Nieszczególnie śledzę single, więc dałem radę wybrać do tego zestawienia tylko jedną piosenkę. Ale za to jaką. Amaarae, czy, jak mógłby to określić dziennikarz muzyczny z ery przed upadkiem prasy papierowej, „najgorętszy towar eksportowy z Ghany”, dostarczyła prawowity przebój lata. Wyróżniam dwa czynniki odpowiedzialne za jego artystyczny sukces. Pierwszym z nich jest wyśmienity podkład, który opiera się na wywodzącym się z RPA gqomie. Nawet bez obycia z tym gatunkiem tanecznej elektroniki można prędko rozpoznać, że jest w tym kawałku coś wyjątkowego. Brzmi bardzo nowocześnie, a przy tym, dzięki dźwiękom klasycznych automatów perkusyjnych, syntezatorowemu basowi czy orchestra hitom, słychać w nim nawiązanie do ejtisów. Ale tak na świeżo i luksusowo, z wyraźnym odwołaniem do tradycji muzyki dyskotekowej. Drugim czynnikiem są melodie. Słuchanie głosu Amaarae to sama przyjemność, a na tych wersach płynie jak nigdy dotąd. Mnogość i zawiłość małych hooków sprawia, że ten kawałek jest nie tylko z miejsca chwytliwy, ale też ma wysokie replay value. Najmocniejszym z tych hooków jest cudnie krążący refrenowy kręcioł z „Show me how you like to love, I need to know” w refrenie. Nie wiem, ale i tak powiem, że „S.M.O” w 2025 roku nie miało konkurencji.

[Lena]

beuk0t – ulubiona dziwka

„Ulubiona dziwka” nie bez powodu stała się viralem na Tiktoku, a nawet otrzymała własny taniec. Piosenka ta jest niezwykle chwytliwa, głupawa, ale też dobrze wyprodukowana. Opowiada o niespodziewanie odnalezionej miłości („Od pierwszego razu, kiedy ciebie zobaczyłem, jesteś ulubioną z moich ulubionych dziwek”), oraz o tym, jak bardzo jest ona ulotna („Mam ulubioną dziwkę, ale zaraz ją pewnie zgubię”). Niezwykle porusza mnie przeniesienie głębokiego romansu do współczesnych czasów i ukazanie, że dla prawdziwego uczucia trzeba się czasem poświęcić („Moja ulubiona dziwka, skoczę za nią z urwiska”). Co ciekawe, panowie z beuk0tu chyba również lubią ten utwór, gdyż na grudniowym koncercie Ćpaj Stajlu w Krakowie grali go co najmniej trzy razy.