Zapraszamy na skromne albumowe podsumowanie 2025 roku. Głównie rap, ale nie tylko. Podsumowanie singli czeka tutaj.

[Bambus]

EsDeeKid – Rebel

Trzeba postawić sprawę jasno: UK w tym roku zdeklasowało amerykański hip-hop. Brytyjskie podziemie dostarczyło nam tony świetnej muzyki: nostalgiczni jim legxacy i fakemink (co prawda bez albumu w 2025, ale patrząc na skalę hype’u, to chyba jeden z najbardziej oczekiwanych projektów), przepełnionych swagiem YT i Fimiguerrero i wreszcie absolutne objawienie: EsDeeKid. Zaczynał rok jako ktoś praktycznie nieznany, a kończy z ponad trzynastoma milionami słuchaczy na Spotify.

I w pełni zasłużenie, bo debiutanckie „Rebel” to ledwie 22-minutowa, jerkowa, dopaminowa bomba. Z pozoru proste bity w połączeniu z potężnymi pokładami charyzmy i soczystym, liverpoolskim scouse akcentem, fantastycznie spełniają swoją rolę. Ma bujać i buja jak wściekle. Współczuję mu tylko z jednego względu: nie potrafię odeprzeć wrażenia, że jak dobre jego przyszłe wydawnictwo by nie było, nie spełni oczekiwań. Widziałem ten schemat już wystarczająco wiele razy. EsDeeKid mógłby wydać nowe „To Pimp a Butterfly”, a i tak dostanie po uszach, że na debiucie było lepiej. I ani słowa więcej o Timothéem Chalamecie, proszę.

Karuzelkaaa – 3L3M3NT

Długo wyczekiwałem importu nad Wisłę alternatywno-abstractowego rapu. W 2025 wreszcie się go doczekałem. Co prawda TONFA i Ziomcy działają już ładnych parę lat, jednak ten rok był – przynajmniej w moim odczuciu – dotychczas najlepszym pod kątem rozwoju tego odłamu sceny. Z jednej strony w mgnieniu oka, jak grzyby po deszczu, wyrosło całe mnóstwo nowych zajawkowiczów, jak choćby Kajzer, PGR czy Korekcja Linii. Równocześnie nie próżnowali ci z nieco bardziej ugruntowanymi pozycjami na scenie, jak Saalfrat Alarhaji (znany też jako Menda z Ziomców) czy Karuzelkaaa (a.k.a. scolop333ndra lub Norman z TONFY), i zaatakowali swoimi solówkami.

Stereotypowi Tonfiarze, tj. warszawscy tatuatorzy-mikroinfluencerzy, trochę mnie w ostatnich miesiącach zrazili do tego projektu, dlatego wsiadłem do hypewagonu z pewnym opóźnieniem. Jak się później okazało, był to ogromny błąd, bo Karuzelkaaa zaserwował jedno z najciekawszych wydawnictw nie tylko z tego konkretnego uniwersum, ale w ogóle ze wszystkich polskich tegorocznych płyt. Co do samej nawijki Karuzelki można mieć pewne zastrzeżenia, bo dosyć mocno przypomina strumień świadomości (choć mnie osobiście kupuje), ale największą siłą „3L3M3NTU” jest jego nieoczywistość. Zwłaszcza w kwestii bardzo niestandardowych produkcji, które bardzo mocno wybijają się na pierwszy plan. I zapewniam was: z każdym kolejnym odsłuchem zwrócicie uwagę na coś innego, czego wcześniej nie wyłapaliście.

[Alki Alkz]

De La Soul – Cabin in the Sky

Byłem podekscytowany, kiedy Mass Appeal Records ogłosiło plany wydawnicze na drugą połowę 2025 roku. Jak większość słuchaczy, najbardziej czekałem na wspólny album Nasa i DJ-a Premiera, jednak „Light-Years” mnie nie porwało – a mówię to jako fan obu artystów. Z tej całej serii początkowo na moich głośnikach często gościły płyty Raekwona i Ghostface Killah, a zdeklasował ich duet Mobb Deep (spoczywaj w pokoju, Prodigy).

No i nadszedł dwudziesty pierwszy dzień listopadowy. Wtedy na światło dzienne wyszedł „Cabin in the Sky”, dziewiąty i pierwszy od dziewięciu lat grupy De La Soul. I powiem wam, że warto było czekać jedenaście miesięcy (lub przynajmniej pięć od zapowiedzi) na najpiękniejszy album roku. To było coś, co sprawiło, że moje serce i dusza radowały się od pierwszego odsłuchu. Siedemdziesiąt minut czystego hip-hopu i pozytywnej energii, która towarzyszy słuchaczowi jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego kawałka. Na gościnkach mocna ekipa, strona muzyczna też na wysokim poziomie. Oczywiście jest tu obecne brzmienie łączące elementy soulu, jazzu i funku, będące od 1989 r. wizytówką nowojorskiego składu.

Smutnym faktem jest to, że jeden z członków grupy, Trugoy the Dove, nie doczekał premiery albumu, zmarł 12 lutego 2023 r. Jednak jest tu obecny nie tylko wokalnie i producencko, ale też duchowo. „Cabin in the Sky” jest świetnym przykładem, jak w godny sposób oddać hołd artyście, którego już z nami nie ma. Thank you, Dave.

Dodam, że moje serce skradły też wizualizacje obrazujące single, „The Package” i „Day in the Sun”. Przepiękny surrealizm. Jak w animacjach Terry’ego Gilliama.

[Marcin Półtorak]

Joey Valence & Brae – HYPERYOUTH

Przyznaję, dość późno wskoczyłem do hype-pociągu JVB, bo aż do 2025 jakoś tak się składało, że unikałem sprawdzania tych dwóch białasów. Być może przez ich Tik-tokowy rodowód? Nie wiem, w każdym razie zawsze coś mnie od nich odrzucało. Aż tu nagle, przy okazji niechcący przesłuchanego „HYPERYOUTH”, okazało się, że to jest właśnie taki rap, którego potrzebuję. Totalnie kupuję to tanie, perfidne granie na milenialskich sentymentach, a właściwie to powiedzieć, że „kupuję”, to jak nic nie powiedzieć. Daję w nie nura na główkę, pluskam się i jeszcze zabieram trochę do domu (nielegalnie przemycając w gaciach).

Co my tu mamy. Na pierwszy ogień – samplowanie Skrillexa, Matko Boska. Z jednej strony BIAŁASIE PROSZĘ, z drugiej – o tak, mmm, czy można dokładkę?. Jest to żenujące i jebitnie satysfakcjonujące jednocześnie. Co potem? Tracki imitujące rapowy mainstream z okolic późnej podstawówy („Bust Down”, „See U Dance”), ale też trochę prawilnego zamulania dupy na kwadracie („Party’s Over” czy „Live Right” z wersem „No one here wants to dance„, przy którym można uronić łezkę). Już nie wspominając o bangerowych rzeźniach typu „Wassup”, „The Party Song” albo „Go Hard”, które średnio się nadają do słuchania na co dzień, ale za to brzmią jak wymarzone numery do rozpierdolenia w drzazgi Stodoły, Proximy czy tam innej Progresji. Co, nawiasem mówiąc, w maju zamierzam własnoręcznie zrobić.

Hit-Boy/The Alchemist – GOLDFISH

Jakoś tak wyszło, że nie za bardzo lubię spójne płyty. Wolę takie, na których króluje chaos, rozstrzelenie we wszystkie strony i łączenie niepasujących do siebie światów. Do tego, jakkolwiek uwielbiam Hit-Boya, to Alchemik od dłuższego czasu jest u mnie synonimem nudziarza, niebezpiecznie zbliżającym się do skrajnie niewesołych mielizn, okupowanych przez naprawdę najwyższej próby nieudaczników typu 9th Wonder. Tegoroczne „Alfredo 2” zaskoczyło mnie na plus, ale potraktowałem to bardziej jako miłą niespodziankę niż widowiskową zmianę kursu.

Aż tu nagle zupełnie znikąd spełznęło na mnie „GOLDFISH” i zabrało zaskakująco dużo czasu. Bity sobie płyną, są zaskakująco zmyślnie złożone jak na to, że spełniają w zasadzie rolę soulowych, samplowanych teł. Normalnie bym się trochę oburzał na ich zbyt małą widowiskowość, ale dzięki temu, że w każdym numerze mamy co najmniej dwóch raperów (pomijając solo Conwaya, które jest miłą paralelą do kawałka Percee P na Jaylibie), to wszystko gra, buja i nie nudzi, tu i tam zaskakując przy okazji ciekawymi hatami albo czymś takim. Nie wolno przy tym przegapić takich „Home Improvement” czy „Drawing Bridges”, które luźno dawałyby radę nawet jako instrumentale. Całe „GOLDFISH” jest trochę tym przypadkiem, że puszczasz album i w zasadzie nie czujesz potrzeby skipowania żadnego numeru, a kolejnego dnia chcesz odpalić znowu. A kolejnego znowu.

Pendulum – Inertia

Trochę gram na kodach, ładując do top 3 „Inertię”, która w ponad połowie składa się z materiału pomału wydawanego w singlach i EP-kach już od 2021. Ale nic nie poradzę, że to właśnie tego słuchałem w minionym roku najczęściej. Przy okazji – jak najbardziej zdaję sobie sprawę ze śmieszności dawania jebania o Pendulum w 2025. Wszystkich, których to bawi, zapraszam do sprawdzenia, co takiego masturbatorzy ze Swans wypierdzieli na swoich rzężących ze starości gryfach.

Mnie tam nadal nie nudzi ten drum and bass podany w pięciu rotowanych przez całą płytę smakach. Czy to giga przebojowy „Driver”, czy pastiszowo-agresywne i widowiskowo radiowe „Save the Cat”, czy dziki „Napalm”, czy w ogóle tak naprawdę większość tego 16-kawałkowego wydawnictwa – wszędzie rządzą super dobrze wymyślone melodie, które się same nucą. I samo to skombinowane z typowo pendulumową, dociskającą gaz do podłogi intensywnością, jest dla mnie zupełnie wystarczające, biorę to bez pytania i wrzucam na listę z powerplayami roku.

[Mateusz Osiak]

ŻYTO – NOWY DOBRY CO NIE SPINA

Okazuje się, że Żyto bez Noona jest bardziej hip-hopowy – choć oczywiście mowa tu nie o klasycznym hip-hopie, a trapie. W przeciwieństwie do „Mórz Południowych” i „Glitchy Pragi” słychać, że album powstawał w 100% pod dyktando Żyta. To może się podobać lub nie: dwa poprzednie miały głębszy wymiar i czuć było ich muzyczny majestat. Tutaj bywa chaotycznie: śruba kompozycyjna nie zawsze jest dokręcona, a w całość wkrada się chaos. Najważniejsze jednak, że w tym szaleństwie jest myśl przewodnia, a gospodarz dalej jest błyskotliwy i ciekawy lirycznie. Potrafi poprowadzić storytelling, rozbawić nas głupim porównaniem czy nieoczywistym skojarzeniem, a jego surowy styl, cechujący się często nawarstwieniem prostych, dokładnych rymów, tylko pomaga mu w wykreowaniu swojej postaci. Na „Nowym dobrym co nie spina” są wkręcające się refreny, onelinery i choć jako singiel wybija się jedynie „ART DILER”, to całości słucha się znakomicie.

Konrad Brzos x Smokin – Acta Est

Jak lubicie Griseldowe podkłady oparte na mrocznym, złowieszczym klimacie, a także rap na tematy związane z półświatkiem, to lepiej nie traficie. Smokin znowu podpalił – rzucił charakterne, snujące się, mocne bity, a Konrad Brzos poskładał tutaj bardzo dobre, świetnie nadające się do rozkminiania barsy. W wachlarzu jego możliwości znajdziecie skojarzenia, dwuznaczności, gry słowne, panczlajny – a to wszystko osnute gangsterskim wajbem i niebywałą pewnością siebie. „Acta Est” to bardzo intensywne 16 minut.

Gruby Mielzky – Zaraz wracam EP

Gruby Mielzky wypuścił w ubiegłym roku dwa kozackie materiały – mówię o jego LP „To się więcej nie powtórzy” i poprzedzającej album EP-ce, która kupiła mnie w 100%. „Zaraz wracam” to materiał delikatny, pełen wrażliwości, ale też mocno hip-hopowy, wspominkowy, z błyskotliwymi momentami. Mielzky jest autorem najlepszego openera w tym roku. „Może mogłem”, pierwszy kawałek, rozpoczyna bowiem w taki sposób: „Wczoraj umarł mi na rękach starszy obcy pan / W centrum miasta każdy zerkał, a nie podbił sam” (a dalej wcale nie jest weselej). Najlepszy punchline w 2025 też moim zdaniem należy do niego: „Ta niunia pyta mnie: Gdzie ty, kurwa, a gdzie Tupac? / Ja mówię: Też nie jesteś Miss Polonia, a się ruchasz”. Do występu Mielona dochodzą doskonałe produkcje Returnersów: niekiedy raperowi akompaniują gładkie, urocze klawisze, innym razem dokręcają gałkę z hip-hopem. Cała skondensowana całość kawałek za kawałkiem trafia we wszystkie czułe punkty.

[Modest]

Kilka lat temu porzuciłem już wyścigi na sprawdzanie wszystkiego, co wychodzi. Nie podążam już za każdą premierą w obawie, że coś ważnego mnie ominie. Słucham sobie muzyki w sposób beztroski. Losowo. Wobec tego przedstawiam najciekawsze płyty z 2025 roku spośród tych przesłuchanych, a nie wszystkich, które wyszły.

Z-Ro – Unappreciated

Kiedy pierwszy raz w życiu spojrzałem na dyskografię Jamesa Browna, zamarzyłem o tym, aby poznać kogoś, kto przesłuchał jego wszystkie albumy. Po zakończeniu kariery przez Z-Ro będę miał kolejną osobę do odszukania. Raper z Teksasu jest w gronie moich ulubionych artystów, a i tak nie udało mi się sprawdzić wszystkich jego wydawnictw. Co więcej, kiedy całkowicie przypadkowo dowiedziałem się o „Unappreciated”, okazało się, że nie miałem pojęcia o istnieniu dwóch płyt wydanych w ciągu ostatnich lat. Cóż, relacji słuchacza z Z-Ro należy ustawić status „to skomplikowane”. Relacji z najnowszym albumem również.

„Unappreciated” wskoczył na sam koniec 2025 roku, ale w ciągu kilkunastu dni zdążyłem go przesłuchać więcej razy niż jakąkolwiek inną produkcję przez cały rok. Ten album nie przyniósł nam w zasadzie niczego nowego. Z-Ro, w akompaniamencie cykaczy, rapuje w niesamowity sposób i śpiewa. W każdym razie nie zawodzi, we wszystkich znaczeniach tego słowa. Gdyby tak wziąć każdy z tych utworów i powrzucać po jednym do jego wcześniejszych płyt, nikt by się nie zorientował. Jeśli zrobiłby to Marty McFly, nie zmieniłby biegu historii. W muzyce nie lubię wtórności, ale Z-Ro paradoksalnie właśnie za to kocham. Za ten rap o dzielnicy, dragach, sukcesach i porażkach, prostytutkach, braciach czy hustlerach. Jeśli szukać znaczących różnic w stosunku do innych albumów, to tylko na siłę. Tutaj na otwarcie mamy banger „KKK”, więc już od razu mamy się bujać. Zdarzało się, że zaczynał spokojniej. Nie mamy za to reinterpretacji żadnego klasyka, jak dawniej „Mo City Don” czy „Women Men”, których źródło każdy rozpozna już po jednej nutce. Może i z moich słów wynika, jakby „Unappreciated” był antytezą płyty roku, ale tak nie jest. Zanurzyłem się w niej bez reszty i odpłynąłem, zupełnie jakbym wsiadł do DeLoreana i ledwo wrócił. To wyjątkowy krążek, podobnie jak postać jego autora.

McKinley Dixon – Magic, Alive!

Zastanawiałem się, czy naprawdę przesłuchałem „Magic, Alive!” czy przebudziłem się z jakiegoś snu. Bardzo realistycznego, ale jednak snu. Bo przez dość długi czas zadawałem sobie w duchu pytanie: czy takie płyty się jeszcze nagrywa? Teoretycznie po spojrzeniu na listę gości mogłem się spodziewać rapowego albumu z przyjemną warstwą muzyczną, opartą o sample, wyjętego z jakiegoś 2005 roku. W końcu Blu czy Quelle Chris kojarzą się z projektami spełniającymi te kryteria. Ale że McKinley Dixon wyruszy o kilkadziesiąt lat dalej? Przecież refren w takim „All the Loved Ones (What Would We Do???)” mógłby śmiało pochodzić z sesji nagraniowej „Mothership Connection” Parliament. A ostatni fragment muzyki do „Run, Run, Run Part II” to mam wrażenie, że komponował Joe Simon. Zresztą uwielbiane przeze mnie dęciaki co rusz pojawiają się przez całą płytę, jakby miały przypominać trakcję, wyznaczającą kierunek albumu. Najbardziej rapowym numerem z definicji, o ile o jakimś tak można powiedzieć, jest „Listen Gentle”. Do czasu, ponieważ momentami robi się wzniosły, jakby zahaczając o muzykę filmową? To kolejny z albumów, który będę darzył szczególną estymą. W mojej opinii nie jest rapowy, mimo że rap tutaj przewodzi, dominuje. A po przesłuchaniu tysięcy płyt, takie chyba najbardziej lubię. Zaangażowany rap na beatach, które jednocześnie są lekcją historii muzyki.

***

O pozostałych albumach, których słuchałem, wypowiedzieli się już pozostali członkowie redakcji, więc nie będę się powtarzał. Rok 2025 był zdominowany przez powroty, głównie dzięki Mass Appeal Records. Z tych najbardziej lubię De La Soul i Clipse. Często w moich głośnikach gościli również Hit-Boy z Alchemistem, Mobb Deep oraz Larry June z kontynuacją „The Night Shift”, czyli „Until Nights Comes”. A Cardo Got Wings jest moim producentem roku. Uwielbiam jego styl. Z Polski? To był rok Grubego Mielzkiego, ale dłużej słuchałem jeszcze „Budki Surfera” UNDY i „pidżyn” od 4resh we7akecare.

[Ania]

Jak zawsze kochałam hip-hop, to w tym roku było go w mojej głowie najmniej od dawna. Nie oznacza to, że nie lubię już rapu. Wręcz przeciwnie, teraz mam wrażenie, jakbym odkrywała go za każdym razem na nowo. Mimo że moi kochani współredaktorzy opisują świetne płyty z całego świata muzycznego, to ja się skupię na tych albumach na rapowej orbicie, które otworzyły mi oczy na nowo. Nie są to koniecznie albumy w mojej topce (tam na pewno by się znalazł billy woods, Backxwash, Karuzelkaaa, Mateusz Tomczak, Sudan Archives, Dijon i wielu, wielu innych), ale to płyty, które są niewątpliwie reprezentatywne dla naszych czasów. Coś nuskulowego, coś truskulowego i coś pojebanego:

Jane Remover – Revengeseekerz

Jane zastąpiła JPEGMAFIĘ jako mój ulubiony projekt muzyczny. Słuchałam jej obsesyjnie w tym roku, co z resztą zapowiadałam na łamach BK w ostatnim dniu roku 2024. „Revengeseekerz” to album zupełnie inny niż się spodziewałam. Nie jest to wymyślny zbiór popowych kawałków, a maksymalistyczny neo-trap, który po pierwszym odsłuchu pozostawia w głowie tylko: „Co to, kurwa, było?”. Otóż ja Wam, moi drodzy, wytłumaczę. Dzisiaj rap gwałtownie skręca w kierunku elektronicznej muzyki tanecznej. Ratchetowe kawałki z zachodniego brzegu, jersey klubowe remixy, odrodzenie sceny UK w mainstreamie, to wszystko efekt tęsknoty za parkietem klubowym, ale też tym domowym. Każdy popularny muzyk ma już swój taniec w Fortnite, każdy (w tym ja) kupił już sobie Pioneerowego DDJ-a. Najpopularniejszy ruch w hip-hopie: rage jest przecież też skupiony na celebracji ciężkiej, melodycznej elektroniki. „Revengeseekerz” to moment kolizji dwóch gatunkowych galaktyk. W każdym z tych utworów pojedyncze planety mieszają się swoimi wnętrznościami i atmosferami, tworząc absolutny chaos, z którego czasem wyjdzie coś romantycznego, chaotycznego, wściekłego, beztroskiego. To płyta, która ma w sobie tyle świetnych refrenów, linii melodycznych, klubowych dropów, pięknych tekstów. Jestem pewna, że kawałek „Psychoboost” jest powodem, dla którego Danny Brown dziś robi to, co robi. „JRJRJR” i „TURN UP OR DIE” absolutnie srają na każdy inny rage swoją energią i agresją. „Dreamflasher”, „Dancing with Your Eyes Closed” i „Professional Vengeance” to popowe hity z piątkowego pasma DJ-skiego w Radiu Eska (A.D. 2010), ale przygotowane na nasze nowe przepalone czachy. Może jestem pretensjonalna, że wpisuję w ten imprezowy album filozofię, ale TO. JEST. KURWA. KULTURA. PIERDOLONEGO. REMIKSU. DOTKNĘLIŚMY APOGEUM. Ja jedynie się cieszę, że postawiłam na dobrego konia i mamy z tego świetną muzykę rodem z wizji science-fiction. Must-listen!

Earl Sweatshirt – Live Laugh Love

Trzy słowa, które są symbolem Gen-X-owej naiwności i płytkiej życiowej filozofii. Wieszane w szarych mieszkaniach w IKEOwych ramkach dla jednych będą znakiem bolesnej przeciętności, dla Earla Sweatshirta stają się znakami lepszych czasów. Raper, którego ostatnia twórczość była jedną z najbardziej smutnych i dobijających w muzyce XXI wieku, na “Live Laugh Love” kieruje się w optymistyczne rejony i eksploruje swoje codzienne szczęścia. Co wyjątkowo doceniam, to brak bezmyślnego symetryzmu – nowa płyta Earla to nie jest przesunięcie się wahadła na drugą stronę. Brzmieniowo Thebe nadal pływa w dzikich, nieokrzesanych pętlach, tym razem bardziej dubowych i tropikalnych, a zatem psychodelicznych do kwadratu. “Live Laugh Love” działa na wyższym poziomie abstrakcji niż takie “Voir Dire”, “Sick!”, czy również świetne, zeszłoroczne “Showbiz!” MIKE’a – dużej inspiracji dla nowego brzmienia Sweatshirta. Brak tu wyświechtanie pozytywnych myśli i tematów: pojawiają się trudności rzucania leków, smutny brak energii, nieustannie odciąganie depresyjnych spirali. W głowie zamiast linijek typu “Peace to every crease in your brain” pozostaje “Tonight we dinin’ where?” lub “I got used to the comedown, I leaped, bounded, jumped out it” lub “I released it!”. Nieustanne ucieczki w używki i czarne wizje męczą po jakimś czasie nogi, ale trzeba biec dalej. “Live Laugh Love” to przede wszystkim zmęczenie, zakwasy, kac, ale z uśmiechem na twarzy. Gdy budzisz się z wieloletniego snu w końcu z poczuciem, że ma się cel, sens, miłość, dzieci, przyszłość… te trzy słowa przestają być takie puste.

Pink Siifu – Black’!Antique

Chciałabym, żeby to nie była rzeczywistość, ale najwidoczniej trzeba się powoli z tym pogodzić. Złe imperium atakuje świat muzyki i sztuki – imperium sztuczne, lamerskie, bez talentu, pełne złodziejstwa i z antyludzkim credo. Sztuczna inteligencja już na potęgę wkrada się do waszych Spotifajowych plejlist, a szczególnie w formie skromnych kawałków R&B, ale też pseudo-sampli i jakichś odtwórczych kawałków, które są gorsze od zwyczajowego „___ type beat”. W tych czasach muzyka zrobiona przez zespół rzeczywistych ludzi może się wydawać antykiem. Pink Siifu miał podobną kminkę, gdy tworzył chyba najbardziej eksperymentalny album hip-hopowy tego roku. „Black’!Antique” to 80-minutowa kapsuła czasu, która w przyszłości została odnaleziona gdzieś pomiędzy Memphis a Atlantą. Klikacie play, a tam minutowa sekcja industrialowo-ambientowa wprowadzająca was w tą dystopijną przyszłość, gdzie Dawid Podsiadło został nieśmiertelnym hologramem. Potem Siifu zaczyna pierwszą zwrotę – przy bicie, którego brzmienie jest pomiędzy boom bapem, muzyką akademicką a plemiennymi bębnami Afryki – on to antyk i dropi klasyk. Samplowane jest tu wszystko: noise, soul, jazz, mocny rock, hip-hop. Druga piosenka zaczyna się elektroniczną manipulacją i gitarowym basem, który rozniesie głośniki, krzyki się roznoszą „The whole crew goin’ ape shit / This for entertainment”. Sześć minut potem mamy pół techno-pół memphis posse cut… i tak dalej, aż płomień albumu się tli coraz mniej, kierując się w stronę soulu i R&B. „Black’!Antique” oscyluje nieustannie pomiędzy artystycznym trzecim palcem przeciwko całemu światu, a miłosnym listem do całego dziedzictwa czarnej muzyki. To płyta, która brzmi maksymalnie i skromnie jednocześnie, natomiast zawsze przestrzennie, jakby Siifu wykonywał ją na żywo z hali lotniskowej lub pustego muzeum sztuki nowoczesnej. Po raperze dość undergroundowym nie spodziewałam się tak dosadnego i mocnego dzieła. To album, o którym będę pamiętać w listach na koniec roku i na koniec dekady. A wy, jeśli chcecie sprawdzić, jak daleko można ponieść południowe rapsy i R&B w stronę akademickiego artyzmu, zachęcam do posłuchania. Siifu na szczęście nigdy nie gubi się w intelektualiźmie – wie, że to „for entertainment”.

[Disco Musicam]

Geese – Getting Killed

Trudziłbym się, gdybym miał napisać o kilku wybitnych płytach z tego roku, ale to o tej jednej pisze mi się łatwo i długo. Więc będzie o tej. Sorry, Los Thuthanaka. A zatem: kojarzycie, jak kilka razy do roku międzynarodowa społeczność melomanów określa jakiś nowy album „art rockowym” i ogłasza go arcydziełem? Zasadniczo można na to machać ręką, ale jednak nie tym razem. Nieznany mi wcześniej nowojorski zespół Geese i jego lider Cameron Winter w ciągu minionego roku wyrośli z ciekawostki dla nerdów do rangi muzycznego objawienia. Dziennikarze analizują ich reprezentatywność dla pokolenia Z, a komicy z „Saturday Night Live” parodiują styl wokalny Wintera.

Sukces artystyczny Geese polega na tym, że na nowej płycie „Getting Killed” nie serwują progresywnego gitarowego nudziarstwa ani tendencyjnej kontynuacji amerykańskiego brzmienia indie. To w gruncie rzeczy zabawa z tradycją rocka od klasycznego po alternatywę. Wpływy bluesowe, countrowe i funkowe płynnie przeplatają się w oryginalnie skomponowanych utworach. Popularne Gęsi grają doskonale zarówno w trybie emocjonalnym, jak i technicznym. Piosenki takie jak „Cobra” czy „Au Pays Du Cocaine” potrafią poruszyć łagodnymi melodiami, a rockery pokroju „100 Horses” lub „Bow Down” zarażają surowym groove’em. Na Getting Killed zadbano o elementy, które tak często są dziś w muzyce rockowej odstawiane na bok, czyli rytmikę i produkcję. Gratulacje dla rodowodowo hiphopowego beatmakera i producenta Kennetha Blume’a (Kenny Beats) za zadbanie o soczyste, organiczne i wcale nie wczorajsze brzmienie na albumie.

Pozostała wreszcie kwestia wokalisty Camerona Wintera, którego głos porównuje się do głosu Thoma Yorke’a z Radiohead. W porządku, aczkolwiek trafniejszym porównaniem byłby tworzący w latach 60. i 70. awangardowy folkowiec Tim Buckley, ojciec Jeffa. To, jak Winter rozciąga frazy do granic możliwości i zapełnia przestrzeń dźwiękową swoim jękliwym, croonowym wokalem, jak nic innego skojarzyło mi się z Buckleyem i jest podobnie niesamowite. Cameron z miejsca stał się moim nowym ulubionym śpiewakiem rockowym, a sam zespół Geese najbardziej wyczekiwanym potencjalnym koncertem w Polsce.

[Lena]

Ziomcy – Skarb Państwa

Choć nie zawsze jest mi po drodze z hip-hopem, to ten polski staram się uważnie śledzić – a zeszły rok zdecydowanie był dla niego owocny. Wielu rodzimych artystów pokazało, że jest dla nich miejsce w grze zwanej rapem: Karuzelkaaa, Żabson, Spazma czy też Drabusheyka. Dla mnie jednak największymi zwycięzcami są Ziomcy. Tegoroczny album jest zarówno najlepszym w ich dyskografii, jak i moim najczęściej słuchanym w 2025.

Skarb Państwa” to świetna reprezentacja cloud rapu na naszym podwórku. Odznacza się niewymuszonym luzem, wszystkie tracki brzmią, jakby były grane wśród najbliższych ziomali siedzących w zadymionym pokoju, gdzie powietrze ma aromat konopi. Nie oznacza to natomiast nudy. Bity są nieoczywiste, często dosyć złożone, dzięki czemu mogą wręcz zahipnotyzować słuchacza, aby zapętlał każdy z utworów w nieskończoność. Towarzyszy im nieco niechlujna nawijka, która podkreśla melancholijny klimat podziemia. Na trackach występują również goście – wspomniany wcześniej Karuzelkaaa, Cichoń i Kajzer. Cała trójka dołożyła swoje parę groszy do sukcesu projektu ekipy z Torunia.

Ninajirachi – I Love My Computer

Ten album to odpowiednik „brat” dla muzycznych nerdów. Jego brzmienie jest zdefiniowane przez ciężkie syntezatory, świetne sekcje perkusyjne i przekonujący kobiecy wokal. Poza tym melodie tworzone przez Ninę wkradają się niespostrzeżenie do głowy, a później przez dłuuuuuuugi czas nie chcą z niej wyjść. „I Love My Computer” to projekt, którego estetyka kojarzy się z surfowaniem po sieci w latach 2000 – kolorowe gry na trzy klawisze, początki dodawania statusów w mediach, zdjęcia z widocznymi pikselami… Słuchanie tej płyty jest jak doświadczenie DJ setu granego tuż przed tobą w boiler roomie. Dźwięki cię przeszywają, spocony tłum się buja, a światła cyklicznie rażą w oczy.

beuk0t – beuk0tape

Beuk0t to duet stworzony przez Crank Alla i Cool P (Ćpaj Stajl). Ubiegłoroczny mixtape tej dwójki nie jest może najlepszym wydaniem minionego roku, ale zdecydowanie jawi się jako jedno z najprzyjemniejszych do słuchania. „beuk0tape” to typowa muzyka na rozluźnienie umysłu i zupełne odmóżdżenie się. Pada tu mnóstwo one-linerów – „Już nic nie martwi mnie, bo najebałem się„, czy też „W chuju mam to, w chuju mam tamto, w chuju mam wszystko„. Chłopaki zaprosili także gości, a najbarwniejszym z nich wydaje się być kotolga (tak, ta od „JARA MNIE TO„). Numer „paola” jest moim zdaniem najlepszym na trackliście, choć tak jak pozostałe nie jest zbyt ambitny lirycznie. Bardzo chciałabym napisać, o czym jest ten tape, ale chyba nie jestem w stanie – trzeba go po prostu posłuchać.