Ten Typ Mes nawijał, że Gajos i Frycz są jak De Niro i Pesci. Na płaszczyźnie muzycznej również można znaleźć wiele duetów, które można porównać do tych dwóch kultowych aktorów. Jednym z nich jest Common i Bilal, współpracujący ze sobą nieprzerwanie od ponad ćwierćwiecza. W zestawieniu „raper i wokalista” może i dłuższym CV od nich mogą pochwalić się Snoop Dogg i Charlie Wilson lub Jay-Z i Beyonce, ale dla fanów zaangażowanego, organicznego i pulsującego funkiem rapu to członkowie Soulquarians są chyba ulubionym tandemem.
Common to legendarny raper (i przeciętny, a w Silos wręcz irytujący aktor), pochodzący z Chicago, autor wielu klasycznych albumów i jedna z najważniejszych postaci w historii hip-hopu. Bilal to uzdolniony wokalista urodzony w Filadelfii, obok Eryki Badu i D’Angelo prekursor neo-soulu. Pierwszy raz spotkali się w kilku numerach z płyty rapera Like Water for Chocolate z 2000 roku. Ostatni raz – w utworze So Many People, którą raper z Chicago nagrał wespół z Pete Rockiem. Przedstawiamy – w naszej opinii – siedem najciekawszych utworów tej dwójki, a spinającą tę listę klamrą są właśnie powyższe utwory. Na samym końcu znajduje się playlista, zawierająca wszystkie ich wspólne numery oraz zapis z koncertu Bilala, upamiętniający 25-lecie kariery, gdzie również pojawił się gościnnie Common.
Funky for You (Like Water for Chocolate, 2000)
Jestem miłośnikiem płyt członków Soulquarians z okresu działalności kolektywu. To niepodrabialne, przyjemne, soulowe brzmienie ze wszystkich stylistyk, jakie zrodził hip-hop od początku swojego istnienia, trafia do mnie najbardziej. A gdybym tak został zapytany o jego zdefiniowanie, mógłbym w zasadzie przedstawić numer Funky For You. Dla mnie to najjaśniejszy punkt albumu Like Water for Chocolate. Na pewno niemały wpływ na ten stan rzeczy ma klimat utworu, jego konstrukcja oraz gościnny udział Bilala i Jill Scott. Dzieje się tutaj mnóstwo. Trzy zwrotki Commona, wspólny refren w wykonaniu gości, pulsujący beat wyprodukowany przez Jamesa Poysera i J Dillę. Wiele funkowych piosenek z lat siedemdziesiątych trwało ponad pięć minut i Funky For You Commona również swoim czasem trwania do nich nawiązuje, nie tylko muzyką.
Prawdziwy popis wokalnych umiejętności Bilala uwydatnia dopiero outro. Niejako po zakończeniu numeru beat staje się absolutnie minimalistyczny, ograniczony do rytmu perkusji w akompaniamencie klawiszy. Właśnie tak w perfekcyjny sposób przechodzi się z luźnego, funkowego grania do poruszającego soulu. Ta partia Bilala jest natchniona, pełna emocji, wrzasku, zahaczająca momentami o gospel, wzbogacana o charakterystyczne dla wokalisty chórki. A jej przesłanie, choć proste, jest bardzo motywujące. Zostawia słuchacza z nadzieją na lepsze jutro. [Modest]
The 6th Sense (Like Water for Chocolate, 2000)
Emocje? Wrzask? Gospel? Kto to? Nie znam jak rewolucji z telewizora. W The 6th Sense DJ Premier zrobił bit, który z najmroczniejszego listopada wydobywa beztroskie słońce – z takim settingiem nie sposób uderzać w podniosłe tony. Common jest introspektywny i rozkminiający, jak to Common, ale rapuje luźno, bawiąc się słowem, jak to Common. Tymczasem prosty, poprzecinany ostrymi scratchami refren Bilala brzmi jakby pochodził z sampla, tak jest bezszwowo wrośnięty w bit (uwaga, spoiler: Bilal powtórzy ten manewr dwa kawałki niżej). No co za wajb, kola sama się otwiera, i to taka z cukrem. [Marcin Półtorak]
Aquarius (Electric Circus, 2002)
Przyjęło się, że najlepszym albumem w historii hip-hopu jest Illmatic Nasa. Dla mnie palmę pierwszeństwa dzierży album Electric Circus Commona. Zaraz po jego ukazaniu się budził mieszane uczucia. Część słuchaczy tęskniła za starym Commonem, więc z miejsca skreślili jego najnowszą propozycję. Inni docenili autora za nowatorskie podejście i z miejsca pokochali tę płytę. Gdzieniegdzie mówiło się nawet, że to płyta newschoolowa. Dzisiaj, biorąc pod uwagę, gdzie hip-hop stylistycznie zawędrował, można powiedzieć, że bliżej jej do klasycznej formuły. Electric Circus to kocioł gatunkowy z rockowym zacięciem, będący przeciwieństwem MTV: Unplugged. Album powstawał w studiu, w którym nagrywał Jimi Hendrix. Na tak „niecodziennym” albumie Commona, znalazło się miejsce na kolejną współpracę duetu, kojarzonego skądinąd z bardziej soulowych utworów.
W Aquarius, poza wymienionym jako współautor Bilalem, pojawia się również Erykah Badu. Mam wrażenie, że była partnerka Commona jest bardziej słyszalna w refrenie niż wokalista, któremu tym razem powierzono chórki. Nie zmienia to faktu, że razem stworzyli całkiem nastrojowe uzupełnienie zwrotek rapera. W połączeniu z warstwą muzyczną, pełną przeszkadzajek i gitarowych riffów (nie mówiąc już o pięknej solówce Jeffa Lee Johnsona pod koniec) otrzymaliśmy finalnie utwór utrzymany na poziomie, do jakiego przyzwyczaiła nas ta dwójka. Utwór oryginalny i idealnie zdradzający słuchaczowi resztę zawartości Electric Circus. I nawet jeśli nie sympatyzujesz z muzyką Hendrixa czy Pink Floyd, których Common wymieniał jako inspiracje, powinieneś polubić Aquarius. Ogromna w tym zasługa między innymi Bilala, wokalnie poruszającego się w zdecydowanie większej skali niż niejeden wokalista rockowych zespołów. [Modest]
It’s Your World (Part 1 & 2) (Be, 2005)
W pierwszej części kawałka zamykającego wydany w maju 2005 r. album Be Common wspomina czasy, gdy wychowywały go ulice Chicago. Mimo dorastania w nieciekawym otoczeniu, młody Lonnie wciąż wierzył w siebie. Wierzył w to, że uda mu się wyrwać z tego bagna i osiągnąć sukces, co często nie udawało się ludziom ze swojego środowiska, o czym mówi też w drugiej zwrotce, na przykładzie pewnej dziewczyny. Chciał zobaczyć Kalifornię, lecz dzięki swojej determinacji zobaczył więcej, a na jego talencie poznał się cały świat. Raper niesie przekaz, że każdy, niezależnie skąd pochodzi, dzięki nadziei i wierze w siebie i swoje umiejętności może osiągnąć wszystko. Natomiast wokal Bilala w refrenie pięknie wkomponował się w bit producenta utworu, nieodżałowanego J Dilli. Od zawsze uważałem, że głos ludzki w muzyce powinno się traktować jak instrument, więc i w tym przypadku śmiało wymienię go obok wysamplowanych smyczków, trąbek, bębnów i basów.
Utwór kończy spoken word Lonniego „Popsa” Lynna, zmarłego w 2014 r. ojca Commona, który przy akompaniamencie pianina (tu świetny popis dał James Poyser z The Roots) niesie ważne przesłanie, głównie do młodszych słuchaczy. A skoro o nich mowa, nie można też pominąć bridge’a, w którym dzieci dzielą się ze słuchaczem, kim chciałyby być w przyszłości. Są to naprawdę wielkie marzenia – ktoś chciał zostać lekarzem, inny dzieciak artystą, weterynarzem, astronautą, pierwszą czarnoskórą kobietą – prezydentem, policjantem… kaczką? Mam nadzieję, że ta dziewczynka nie wzięła sobie do serca słów Freda z filmu Chłopaki nie płaczą i obecnie, jako dorosła kobieta, robi w życiu coś wspaniałego. [Alki Alkz]
A Bigger Picture Called Free (Black America Again, 2016)
Większość tracków na tej liście pokazuje Bilala nie jako śpiewaka od hooków, a raczej klimaciarza. Takiego, którego wokali nie będziesz sobie nudzić pod prysznicem, ale którzy mają uzupełnić paletę barw kawałka o kolejny kolor. W A Bigger Picture Called Free ta rola jest jeszcze bardziej widoczna, bo Sayeed Oliver ze swoim outrem pojawia się jakby w kontrze do śpiewającej rozmarzony, kołysankowo rozbujany refren Syd. Jej fraza emanuje, jak na refren przystało, prostotą i ciepłem. Z kolei śpiewana przez Bilala część – choć melodia jest bardzo podobna, bo oboje sobie tu wzorowo przekazują pałeczkę – się rwie i drga, momentami odlatuje w jazzujące wokalizowanie. Zresztą nieprzypadkowo w outrze na placu boju zostają głównie trąbka i kontrabas, przygrywające przygaszone tło dla jego falsetowych wygibasów. Zatem Syd i Bilal uczą nas, jak podobny motyw można ugryźć na dwa zupełnie różne sposoby. Zapiszcie sobie. [Marcin Półtorak]
Home (Black America Again, 2016)
Nie wierzcie nikomu, kto będzie Wam próbował wciskać jakieś akademickie pierdolenie, że Bilal nadaje się tylko do nastrojowego zawodzenia, a nie do earwormowych zaśpiewów. Home zawiera prosty dość refren z poswingowaną melodią, która bez problemu spełnia założenia wchodzącego w głowę hooka. Oczywiście nasz bohater nie byłby sobą, gdyby tak po prostu schował swoją jazzową dumę w kieszeń i machnął normalny refren. Co to, to nie. Jego wokal jest obniżony tak, że ledwo da się zrozumieć, co śpiewa (ale chyba i tak śpiewa swoim ulubionym falsetem), a do tego, żeby nie było za łatwo, ostatnie zdanie powtarza akurat tyle razy, żeby widowiskowo wyjechać poza podstawowe metrum. Skaranie boskie z tymi artystami. [Marcin Półtorak]
So Many People (The Auditorium Vol. 1, 2024)
Po odsłuchaniu wspólnego krążka Commona i Pete Rocka zaczyna się dostrzegać pewien „problem”, podobny zresztą do Idlewild OutKast. Płyta The Auditorium Vol. 1 jest świetna, ale może uchodzić za jedną ze słabszych pozycji w dyskografiach obu artystów wyłącznie dlatego, że mają w dyskografii płyty po prostu wybitne i ponadczasowe. Gdyby wymazać najlepszą część ich dorobku artystycznego, pialibyśmy z zachwytu jeszcze bardziej niż teraz, ponieważ nie mielibyśmy się do czego odwoływać. Jeśli Common nagrywa z tak zasłużonym producentem album nawiązujący brzmieniowo do czasów najwyższej formy chicagowskiego rapera i producenta z NYC, aż prosi się o zrobienie na nim miejsca Bilalowi. Dochodzi do tego spotkania w So Many People, utworze, który jest w zasadzie bezpośrednim nawiązaniem do chyba najpopularniejszego numeru Commona – I Used to Love H.E.R.. Tym razem jednak pod postacią kobiet nie kryje się hip-hop, a przeznaczenie, wiara i nadzieja.
So Many People na spokojnie mógłby znaleźć się na takich płytach jak Like Water for Chocolate lub Be. Podobnie jak reszta albumu, przesiąknięty jest duchowym przesłaniem. A chyba nikt nie potrafi lepiej przypieczętować tak uduchowionego hip-hopu swoimi partiami, jak sprawdzony już w tej materii Bilal. Tutaj od niego się to wszystko zaczyna – powtarza tytułową frazę właściwie przez cały utwór, ustępując jedynie miejsca na zwrotki Commona. To gospelowa charakterystyka wokali i chórków na soulowym podkładzie, czyli coś, co bezgranicznie kocham. Kiedy słucham So Many People, mam ochotę wrócić do podobnie skonstruowanych Held Down i Church od De La Soul. Mógłbym z tych trzech numerów ułożyć „świętą trójcę”. [Modest]
Playlista zawierająca wszystkie numery obu artystów:
Zobacz jak ten duet prezentuje się na scenie w towarzystwie wielu wybornych muzyków (np. Questlove’a)




