Aoshima to japońska wyspa, na której kotów jest podobno więcej niż mieszkańców. To również tytuł najnowszego albumu Mady i, zgodnie z nazwą, motyw tych zwierząt stanowi oś całego konceptu. W rozmowie opowiada o tym, czym „Aoshima” różni się od jego poprzednich wydawnictw, dlaczego doszedł do wniosku, że albumy nie muszą być przeładowane zwrotkami, oraz skąd wziął się pomysł na nietypowe wydanie fizyczne płyty, które wzbudziło sporo kontrowersji.

Matt: Masz swojego ulubionego popkulturowego kota?

Mada: Jeśli dzięki moim tekstom moja kotka jest już popkulturowa, to na pierwszym miejscu stawiam Mażenę, a potem wszystkie inne, których ksywki wymieniłem w kawałkach. Jeśli zaś nie, co mnie smuci, to ciężko wybrać jednego. Na pewno czułem sympatię do demonicznej natury Behemota, bawił mnie Karin z Dragon Balla, lubiłem Kocią Ferajnę, ale urzekł mnie też stosunek Hrabala do jego pierdyliarda kotów. Pozwolisz, że pominę imiona, bo nie chcę teraz przeszukiwać książek ani Internetu.

Myślę, że Mażena to zdecydowane TOP1 kotów polskiego rapu! A musiałeś kiedyś wyłączać “tę kocią muzykę”? Pamiętam, że mnie rodzice i dziadkowie musztrowali w taki sposób, jak za głośno włączałem rap. 

Totalnie. Był okres, że moja mama nie mogła wytrzymać muzyki dobiegającej z mojego pokoju. Głowa ją bolała i w zasadzie traktowała to jako tłuczenie, bo wiadomo, bębny muszą tłuc. Dziś nadal nie jest jakąś amatorką i raczej nie puszcza sobie tego z własnej woli, ale potrafi przyjść na koncert i na swój sposób – myślę, że bardziej z zainteresowaniem i matczyną dumą – dobrze się bawić. Tata, który z nami nie mieszkał, nie za bardzo traktował rap jak muzykę. Dla niego jak nie było żywych instrumentów i ktoś nie śpiewał, to też nie było akceptowalne. Ale muszę przyznać, że nigdy mi nie zabronili się w to zaangażować i w możliwym zakresie starali się być wyrozumiali dla fanaberii, która “mi przejdzie”. Nawet mam taki wersik w numerze z producenckiej płyty RasOne’a: “Moja mama mi mówiła, że to kiedyś przejdzie, no i przeszło, ale jej, teraz tak nie mówi”. Za to zawsze wspierały mnie moje siostry i broniły mojej pasji w domu, widząc w tym, może nawet coś, czego ja sam jeszcze nie widziałem. Zresztą obie były zapalnikami do poznania tej kultury, za co jestem dozgonnie wdzięczny. 

Wspominam koty oczywiście dlatego, że są motywem przewodnim twojego najnowszego albumu. “Aoshima” brzmi jakby była albumem, nad którym najbardziej się napracowałeś.

Ciężko to ocenić po takim czasie powstawania. Na pewno jest to najbardziej rozpięty okresowo album, przez co praca nad nim wydaje się być tytaniczna, ale z drugiej strony, ostatnie, załóżmy, dwa lata, to w dużej mierze prokrastynacja i odkładanie ciśnięcia na bok spowodowane zmęczeniem. Jeśli chodzi o same kwestie mojego pisania i nagrywania, to zaliczyłbym go do takiego wysokiego optimum. Trudne było wszystko dookoła i wiara.

Tak zakładałem, że twój rap to akurat najmniejszy problem – gorzej z producentami, DJ-ami, gośćmi. Często autorzy płyt producenckich po wypuszczeniu mówią: “Nigdy więcej”, bo mają dość czekania i dogadywania spraw. Dużo musiałeś się przypominać?

Chyba nie. Myślę, że tu mogło to działać w drugą stronę. Jak ktoś po dwóch, trzech latach od nagrania zwrotek nagle prosi cię o ścieżki albo aranż, albo pisze, że dograliśmy jeszcze nowego gościa, albo „sprawdź kolejną wersję miksu”, to można zwariować. Czasami potrafię być upierdliwy i jeśli ktoś mi nie odmówi na etapie zaproszenia, tylko już mamy numer i on ma być na płycie, to rzadko odpuszczam. Przygód było dużo. Chyba dwa numery to remiksy, ostatnia zwrotka (TonyzTriiio do utworu “Samice”), została nagrana w tamtym roku, w numerze “Leżakowanie skit” nie ma w ogóle ścieżki bassu; ale ja to traktuję jak część historii. Ta płyta ewidentnie chodziła swoimi ścieżkami i to jest git!

Jak zauważył Modest w recenzji, mimo wielu producentów, udało Ci się utrzymać spójny klimat. 

Hmmm… sam nie wiem do końca. Chyba umiem sprzedawać ludziom swoją wizję. Zazwyczaj jak wysyłam zaproszenie na zwrotkę czy bit, to temat jest określony dość konkretnie. Dodatkowo czuję, że potrafię łączyć kropki. Tu coś dodam, tam odejmę, zremiksuję, dopowiem, odwrócę i ta mikstura nagle ma ładny kolor, kojący zapach i odżywcze właściwości. Dużo zostawiam instynktowi, ale też wiem, czego chcę. Nie zastanawiam się miesiącami nad jakimiś szczegółami. Albo coś pasuje i robimy, albo nie i lecimy dalej. Muzyczne wybory i decyzje są dla mnie raczej proste. Kolejna sprawa to współudział DJ-a Lema, bez którego to wszystko nie brzmiałoby tak jak brzmi. Pomógł mi też przy niektórych aranżach i skitach. Ponadto to na maksa cierpliwy człowiek i bardzo doceniam jego żmudną pracę, którą wykonał przy tym, jak i przy innych moich projektach. Wielkie elo dla Filipa!

Szerokie grono producentów, sporo gości, na albumie są momenty, które w całości oddajesz innym, jak np. w otwierającym kawałku, są też fragmenty, gdzie bity mogą oddychać i wybrzmieć. Musiałeś się powstrzymywać, żeby nie było Cię za dużo?

Te muzyczne oddechy to konsekwencja wieloletniego, wieloalbumowego przegadywania płyt. Na przestrzeni lat, wielokrotnie czułem sam, ale też w rozmówkach okołomuzycznych dochodziliśmy do wniosków, że często moje i nie tylko moje płyty, są zajeżdżane wokalnie od początku do końca. Chciałem się zatem spróbować w innej opcji. To taka moja mała ambicja “producenta wykonawczego”: czy poza tym, że umiem nawijać non stop, to potrafię też uzbierać i ułożyć same produkcje i popisy DJ-skie. Co więcej, czuję, że muzyka to też jest kocia rzecz i dobrze oddać się takim figlom bez otwierania mordy. Czasami za dużo Mady w Madzie. Ostatecznie odpowiadając na twoje pytanie, to było to od początku zamierzone i nie musiałem się powstrzymywać, bo o to chodziło. 

Wyprzedziłeś mnie z tym producentem wykonawczym. Jako osoba, która często wypowiada zdanie: “Przydałby się tej płycie producent wykonawczy”, przy odsłuchu “Aoshimy” odniosłem wrażenie, że tutaj nie brakuje zerknięcia z dystansu, a album ma wizję. Pewnie łatwiej to zrobić przygotowując swój materiał, szczególnie przy takim bagażu doświadczeń. A sądzisz, że byłbyś w stanie być producentem wykonawczym – już nawet bez cudzysłowu – czyjegoś albumu?

Nie wiem. Pod kątem czysto artystycznym widzę się w tej roli, ale nie wiem, czy umiałbym się poświęcić tak samo dla czyjegoś projektu jak dla swojego, ale też czy potrafiłbym zachować odpowiedni dystans. Myślę, że to bardzo trudna umiejętność i trzeba mieć sporo ogłady, żeby wiedzieć, kiedy twoje czterdzieści siedem groszy jest rzeczywiście potrzebne. Na pewno zawsze chętnie pomagam ziomalom w muzycznych ruchach i odpowiadam na pytania o ich nowe dzieło, ale na razie to tyle. Muszę pozostać w pozycji producenta wykonawczego własnych solowych czy zespołowych płyt, to na razie koniec moich możliwości. To, co częściej pojawia mi się w głowie, to żeby kiedyś oddać tego typu pieczę nad swoim projektem komuś innemu. To mnie ciekawi, ale też chyba jeszcze za wcześnie i nie mam nikogo konkretnego na oku czy uchu. 

Jeszcze przed premierą albumu poruszałeś temat wydania fizycznego. Z jednej strony słuchacze go chcą i wręcz oczekują. Z drugiej – to rzecz dla coraz mniejszego grona zajawkowiczów i produkcja kilkuset sztuk jest zupełnie nieopłacalna. Finalnie stanęło na bardzo limitowanym wydaniu za 100zł. Przyznam, że cena na pierwszy rzut oka szokująca. 

Pozwoliłem sobie na mały rekonesans, ale w zasadzie to plan w głowie już jakiś miałem. Ten post na FB był z jednej strony po to, by skonfrontować go z ludźmi, a z drugiej by nakreślić sytuację i przedstawić optykę twórcy. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach zapominamy o tym wszystkim, co stoi za słowem “muzyka”. Jakiś singiel wychodzi i w zasadzie za darmo słuchamy go na streamingach, a potem o nim zapominamy. A ilość pracy włożonej w powstanie płyty jest zupełnie niezauważalna. Pomijam już własną robociznę i setki godzin w pociągach gapiąc się w szybę, ale wszystko dookoła po prostu kosztuje, a gdy trwa tyle lat, to kosztuje więcej, inflacja te sprawy (śmiech). Nie chcę brzmieć jak jakiś dziad, co tu się prosi o grosze, bo mam raczej luz z pieniędzmi i gdyby było inaczej, to serio dawno bym zaprzestał. To jest skarbonka bez dna i zupełnie się na to zgadzam. Ale z drugiej strony ludzie pytają o te płyty, które wyszły tylko cyfrowo albo o reedycje czegoś, czego już nie ma, a ja czuję się tekściarzem i MC. Nie za bardzo rajcuje mnie dogadywanie okładek z drukarnią i pisanie maili do tłoczni, tak zwyczajnie, cały ten pierdolnik, który powinna robić za nas wytwórnia, a zazwyczaj, przy bieżących projektach, biorę w nim czynny udział. Tylko ta płyta nie jest dla mnie bieżącą, więc w mojej głowie ta forma wydania wydawała mi się jedyną zgodną z moim stanem na teraz i obecnym stosunkiem do “Aoshimy”. Mało za dużo. To model, który jakoś tam działa. Ale co ważne i co chciałbym zauważyć – dołożyłem do tego, możliwość zgarnięcia czegoś bardziej unikatowego niż zwykły CD-R z wydrukowaną okładką i numerkiem na kompakcie. Lubię takie akcje i uważam, że to wartościowe. Duża część okładek jest ręcznie robiona przez ludzi mi bliskich, profesjonalnych artystów i przeze mnie, więc za sto złotych możesz dostać “stadionową samoróbę”, w której i tak maczałem palce albo coś, czego nikt inny nie ma. Poza tym z samych komentarzy pod postem wynikało, że ludzie daliby za coś takiego sporo więcej niż sto złotych, co oczywiście jest bardzo miłe, ale czuję, że moje rozwiązanie jest jak najbardziej optymalne, uczciwe i git. W skrócie, cieszę się, że podjąłem taką decyzję. 

Flint w niedawnym wywiadzie u Jakuba Sommerfelda komentując to, jak ludzie chcą płacić za kulturę, rzucił bardzo trafne: „Liczyć to możesz na smutne buźki, jak się zawijasz”. Tutaj płacisz stówkę, dostajesz unikatowego CD-ka, ale chodzi też chyba o realne wsparcie niezależnego artysty. W podobny sposób działał w pewnym momencie Nipsey Hussle. 

Trafny strzał. Ciekawostka: może podświadomie, ale poprzedni tydzień spędziłem w dużej mierze z Nipseyem na słuchawkach. Słyszałem o tej jego historii i na pewno w jakimś stopniu była inspiracją. Oczywiście nie on pierwszy i nie ostatni, który tak zrobi, ale jest to styl ruchów, w którym widzę dla siebie miejsce, przynajmniej raz na jakiś czas. Zresztą, podobnie było z “CHROPOWATO EP”. A co do cytatu Flinta, to pewnie ma sporo racji, dlatego ja się na razie nie zawijam z hip-hopowego ogródka. “Liczy się tylko pressing!”. 

“Aoshima” często ucieka od klasycznego rapu – raz w jazz, raz w elektronikę. Z kolei na nieregularnych bębnach rapujesz na nadchodzącym albumie producenckim Naksa w kawałku z Sistą Flo. Gdybym zapytał cię, na jakich bitach najlepiej Ci się rapuje, to pewnie odpowiedziałbyś: “Tak”.  

Tak (śmiech). Wiem, że w oczach przeciętnego słuchacza jestem obrońcą truskulu i jest w tym sporo prawdy, ale poza wszystkim to jest muzyka i ja podchodzę do tych kwestii ambicjonalnie. Chcę, żeby nie było bitu, którego nie umiem ujarzmić, a i tak zawsze rapuję jak ja, bo piszę jak ja i myślę jak ja, więc niezależnie od warstwy pode mną, to jest mój styl. Uważam, że to jest jedna z definicji szeroko pojętego MC-ingu i tego się będę trzymał. Bit ma bujać i pobudzać moją wyobraźnię, reszta ma mniejsze znaczenie. 

Na koniec kącik prawilności – jebać psy?

Wiadomo, kochać pieski, jebać psy. Ale tylko dla zasady. Sformułowanie “jebać system” jest mi bliższe, bo jednak ryba psuje się od głowy, a przykład powinien iść z góry. Oby każdego z nas pies zaskakiwał człowieczeństwem jak najczęściej, bo niespodzianki są super.