Powieść o rapie osadzona w Polsce – na sam ten pomysł ciarki przeszły mi po plecach, szczególnie mając w głowie wiele przerysowanych postaci raperów z seriali, kinematografii i nielicznych książek. Obawa przed natłokiem krindżu, how-do-you-do-fellow-kidyzmu czy nieumiejętnym przeniesieniem hip-hopowego światka do świata literatury rosła tym bardziej, że Jakub Sommerfeld postanowił nazwać ją „Liryczny terrorysta”, a to zbitka rodząca skojarzenia z przebrzmiałym i wtórnym punchline’owym rapem sprzed ponad dekady.

Szybko okazało się jednak, że to tytuł ironiczny, a dzięki temu, że autor często posługuje się satyrą i mruga do czytelnika nawet nie okiem, a oczami, sprawia, że czujemy, iż za sterami tego przedsięwzięcia stoi ktoś „od nas” – ktoś posługujący się tymi samymi follow-upami, gadający tym samym forumowym slangiem, odwołujący się w przypadkowych momentach do jeszcze bardziej przypadkowych hip-hopowych kawałków. W końcu nikt nie zawłaszcza hip-hopu – na zewnątrz wychodzi ktoś ze środka banieczki i prezentuje książkę dla całych pokoleń niespełnionych raperów, freestyle’owców po czteropaku, beatboxerów spod klubu i kolorujących wersy nerdów. I ja to kupuję, i Ty też to kup, bo przecież walczymy o coś.

Jeśli interesuje Cię to, o czym konkretnie jest „Liryczny terrorysta”, to sam autor opisuje go tak: „Satyryczna powieść o środowisku hip-hopowym, podzielona na trzy akty. Jej bohater to czterdziestoletni raper, który mimo braku sukcesów i upływu lat nie potrafi porzucić swojej pasji. Narracja łączy absurdalny humor z refleksją nad dorastaniem, porażką i potrzebą tworzenia. To jedna z nielicznych powieści, która wiarygodnie i z dystansem ukazuje środowisko hip-hopowe”. A ja zapraszam na rozmowę z Jakubem Sommerfeldem o jego powieści.

Mateusz Osiak: Cześć, Jakubie. A może powinienem powiedzieć – Bapslu? 

Jakub Sommerfeld: Nie jestem jeszcze doświadczonym pisarzem, ale podobno każdy pisze trochę o sobie. Inspirowałem się prawdziwymi wydarzeniami i osobami ze swojego życia, ale większość wymyśliłem. Na szczęście nigdy nie byłem na komendzie z powodu płyty reggae, ale faktycznie kiedyś ktoś mnie prosił o załatwienie mu takiego krążka. Co więcej, freestylowałem.

Freestyle w powieści wychodzi na najbardziej przypałowy sport, jaką człowiek może uprawiać. 

Nie zrozumiesz tego, jeśli żyłeś lepiej. Przynajmniej nigdy nie byłem jednym z ludzi, którzy przerywają rozmowę komuś na imprezie, żeby zrobił mi beatbox, bo mam potrzebę rapowania przez czterdzieści sekund na zadany temat. 

Freestyle w Polsce na przestrzeni lat trochę się zmienił. Dzisiaj to napisane wcześniej punche o rodzicach, kiedyś rymowanie kompletnych śmieci, byle to było z głowy. Mimo wszystko robienie tych głupot może dać pewnego rodzaju satysfakcję. 

Nie bez powodu zacząłem pytaniem o relację Jakub Sommerfeld-Bapsel. Co więcej, uważam, że w “Lirycznym terroryście” wielu czytelników wychowanych na rapie odnajdzie siebie z młodości. Młodych, gniewnych, pijanych, z marzeniami o byciu najlepszym raperem, choćby w swoim powiecie. 

Bardzo mi na tym zależało, żeby moje postaci były autentyczne. Sam nigdy nie marzyłem o byciu profesjonalnym raperem – od początku byłem świadomy, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż trafię w bit, ale po prostu bardzo lubiłem to robić. 

Podejrzewam, że w latach 2005-2010 na każdym metrze kwadratowym na polskim osiedlu można było znaleźć jakiegoś mistrza ceremonii. Chciałem opowiedzieć dość uniwersalną historię o dorastaniu, miłości do muzyki i radości z tworzenia, która mogła się kiedyś komuś przytrafić. 

Bapsel, mimo ustabilizowanego życia i odwieszenia mikrofonu na kołek, wznawia karierę, bo zostaje zdissowany w talent show. Tu są dwa wątki, które chciałbym poruszyć. Pierwszy to właśnie ta zmaksymalizowana komercjalizacja tej kultury – myślisz, że doszliśmy już do ściany? 

Talent show z cięciami co trzy sekundy i Pezet mówiący w kółko “Kupuję to”. Kalendarze adwentowe i gogle narciarskie dodawane do preorderów. Freestyle z Mentzenem, Krychowiakiem, Prokopem lub z jakimś Amadeuszem Ferrarim. Raperzy na galach obok Marianny Schreiber i Daniela Magicala. Promowanie swojej płyty udawaniem choroby. Reklamowanie przez raperów alkoholu lub hazardu. Moim zdaniem będzie jeszcze gorzej. 

Ale prawda jest taka, że my nie jesteśmy odbiorcami tego typu treści. Dzięki temu przynajmniej możemy się poczuć wyjątkowi lub powiedzieć jakiemuś znajomemu, który się z tego śmieje: “Niemożliwe że nie lubisz zioła na pewno jakieś gówno paliłeś serio, jakie schizy, co ty gadasz, złe paliłeś mówię ci, złe paliłeś, inne spróbuj, ja ci załatwię inne, nie da się nie lubić zioła, co ty gadasz, inne musisz spróbować, bo różne są”.

Drugi wątek to wstyd. Sam mówisz o tym, że go odczuwałeś. I zakładam, że pewnie nie chodzi tylko Twoje dokonania, ale o poczucie wstydu za innych – wiesz, wywiad 50 Centa w Dzień dobry TVN i Wujek Samo Zło w… w zasadzie wszędzie i tak dalej. Kiedy przyznałeś się żonie, że byłeś raperem?

Podszedłem do tego strategicznie – na pierwszym spotkaniu, powiedziałem jej o sobie wszystkie najgorsze rzeczy i potem już nic nie mogło jej zaskoczyć. Moja żona jest fanką muzyki, często podoba mi się to, co jej się podoba. Kupiła mi “Illmatic” i “Stankonię” na winylu, koszulki Mutombo, Paytona i Iversona, rapuje w samochodzie zwrotkę Nicki Minaj z “Monster” i pokazała mi kilku raperów, których nie znałem. Nigdy nie wstydziłem się przy niej być sobą, a nawet często przesadzam, gadając do niej follow-upami lub racząc ją wywiadem Winiego do obiadu (mówi wtedy, że powinienem spotkać się z jakimś kolegą). Chciałbym też zaznaczyć, że żona książkowego Bapsla i moja żona to dwie zupełnie inne postaci. Za to jest w moim życiu mnóstwo ludzi, z którymi spędziłem tysiące godzin i którym nigdy nie przyznałem się, co robię w ukryciu, po zapadnięciu zmroku. Z drugiej strony – przeprowadziłem w życiu kilka rozmów z raperami i nawet przy pobieżnym kontakcie właściwie każdy z nich był miły. Zdarzyło mi się też rozmawiać z muzykami rockowymi i bywało, że trafiałem na strasznych buraków. Być może musimy w końcu zrozumieć, że rapowanie to żaden wstyd. Wstyd to kraść i śpiewać.

Na wspomnienie zasługuje też jeden z pobocznych bohaterów – MC Mateusz. Stary oldskulowiec, dalej wypalający swój rap na CD, nienawidzący komercji i oskarżający wszystkich wokół o sprzedanie się. Z jednej strony, reprezentant twardogłowego podejścia, z drugiej… 

Z drugiej gość, który budzi moją sympatię i nawet wzrusza swoją pasją i nieustępliwością. Typ, któremu rapowanie pozwala przetrwać trudne chwile, mimo że robi to jedynie dla siebie i nie ma żadnego słuchacza. Nie jestem przekonany, czy udało mi się to zrobić, ale zależało mi na tym, żeby ta książka nie była typową “beką z rapu”. Chyba do każdego z bohaterów – nawet do ludzi, którzy mogą być potencjalnie odbierani jako czarne charaktery lub przygłupy, starałem się podejść z sympatią i ze zrozumieniem. 

Odbiorcy często lubią proste wyśmiewanie w stylu Grande, ale ta książka w mojej głowie, miała być hołdem dla takich postaci jak kolekcjonerzy płyt CD, którzy nigdy się nie sprzedadzą (dla kasy). Lubię ludzi, którzy mają pasję, nawet jak z boku może to wyglądać na zabawne. Pewnie wszyscy jesteśmy trochę jak MC Mateusz. Wielki szacunek dla Was, że tworzycie portal i nagrywacie podcasty, mimo że nie jest to Wasza praca i nie macie już dziewiętnastu lat. 

Miewałem w życiu momenty obrażania się na rap, wstydu za rap, oficjalnie ogłaszałem swoim czterem słuchaczom, że już nic nie nagram albo że ostatni raz idę na bitwę freestylową. Dobrze, że chociaż nigdy nie usunąłem wszystkich zdjęć z Instagrama, nawet jeśli by nikt tego nie zauważył. Prawda jest taka, że pewnie nawet 28.09.2056 roku przywitam słowami: “dwudziesty ósmy dzień wrześniowy, by nienawidzić policji miałem powód nowy”, bo z tego gówna nie da się wyrosnąć. 

Jak trudne było dla Ciebie wybranie odpowiedniego języka dla “Lirycznego terrorysty”? W polskiej popkulturze hip-hop przez swój meta-wymiar zdaje być wręcz nieprzetłumaczalny na język inny niż ten w zwrotkach. 

To, że do tej pory nie powstała wiarygodna książka, film lub serial nawiązujący do polskiego rapu, jest dla mnie dziwne. Mówię tutaj o dziele z fabułą, bo jestem fanem serii “To nie jest hip hop” Jacka Balińskiego i książki “Niechciani, nielubiani” Filipa Kalinowskiego. Te książki i filmy, które widziałem były bardzo przerysowane – każdy Kraków wyglądał w nich jak Los Angeles, a każdy Krzysztof Kozak jak superzłoczyńca. 

A prawda jest taka, że wiele prawdziwych historii “zwykłych” raperów jest ciekawszych niż te wymyślone przez scenarzystów. Przykładowo – o skrecze do utworu promującego “Lirycznego Terrorystę” poprosiłem swojego znajomego z dawnych lat – wicemistrza świata DJ-ów IDA. Nie wiem, czy to się uda, bo kumpel w tym momencie siedzi w zakonie i ma “coś w stylu konklawe”. Na zwrotkę jednego z raperów muszę poczekać, bo jeździ na rowerze po Chile, promując zbiórkę charytatywną. W tym czasie obrabowali go tam z tego roweru, przystawiając mu pistolet do głowy. Na szczęście pomógł mu przypadkowy kierowca – jak się okazało chilijski raper i grafficiarz. Kilka dni potem mieli już nagrany wspólny teledysk, który opowiada o całej sytuacji.

Z kolei Przemek Bros nagrywał zwrotkę dla mnie w jakimś mega profesjonalnym studiu dla lektorów. Nie było to dla niego komfortowe, bo popisał tam straszne głupoty, a bit Mario Kontrargumenta był nazwany “pedały diss”. 

W Poznaniu swój klip ostatnio puścił pięćdziesięcioletni MC Grzechu (przysięgam, że nie myślałem o nim, tworząc postać z mojej książki – MC Mateusza). Siwy gość w koszulce Run DMC, który był jedną z inspiracji do powstania Slums Attack i rapował na samym początku lat 90. postanowił nagrać numer po stu latach przerwy o tym, że m.in. ma za dużą bluzę. Dla mnie to jest ciekawsze, również jako motyw filmu lub książki niż Quebonafide zwisający z liny na Stadionie Narodowym lub problemy z prawem jakiegoś fikcyjnego bohatera. 

W mojej książce nie wykorzystałem jeszcze naprawdę wielu motywów lub archetypów postaci, które mogłyby być zabawne i interesujące dla fabuły. 

Wracając do pytania – moim zdaniem spokojnie można zrobić dobrą i wiarygodną książkę, film lub komiks o polskim rapie, tylko że po prostu nikt tego jeszcze nie zrobił i nie wiem dlaczego. O amerykańskim, francuskim i nawet irlandzkim rapie powstały kapitalne filmy. 

Jeśli chodzi o sam język w mojej książce, może on trochę przypominać pasty, ale nie był to przemyślany zabieg – po prostu najłatwiej mi pisać w takim stylu. Moi ulubieni artyści, którzy mogą być dla mnie inspiracją, to m.in. Rene Gościnny, Etgar Keret, Kurt Vonnegut, Ota Pavel, Piotr Macierzyński i Legendarny Afrojax.

W “Lirycznym Terroryście” jest też mnóstwo follow-upów. W pierwszej wersji książki było ich jeszcze więcej, ale z tych najbardziej nieczytelnych zrezygnowałem. Mimo że zależy mi na tym, żeby książkę ze zrozumieniem mógł przeczytać “przysłowiowy” Przemek Rudzki, chciałem zagrać również trueschoolowo. 

Te follow-upy, czyli przewijające się w książce hip-hopowe linijki ze znanych kawałków, to z jednej strony mruganie okiem do czytelnika, który dzięki temu rozumie, że autorem jest “jeden z nas”. ale też język, którym gadasz z kolegami. Zresztą, kurde, sam “Liryczny terrorysta” to tytuł ironiczny. Chociaż ktoś spoza hip-hopowej banieczki może go wziąć na serio. 

Follow-up to chyba mój ulubiony środek stylistyczny w rapie. Myślę, że ogarnięci czytelnicy zrozumieją, kiedy żartuję. Panie, które zajmowały się redakcją i korektą książki, mimo że nigdy nie były częścią kultury hip hop, to rozumiały.  

Z drugiej strony – kiedyś puściłem fance rapu utwór o puszczaniu bąków. Z zamyśloną miną, zaczęła do niego bujać głową na wczucie.  

Jednym z wątków przewijających się w “Lirycznym terroryście” jest też dialog pomiędzy starym a nowym pokoleniem. Jednym i drugim czasami bardzo trudno znaleźć platformę do dyskusji, ale gdy zaczynają rozmawiać – obie grupy zyskują. Sam też musiałeś się nauczyć zrozumienia dla współczesnych raperów czy zmiany w rapie są dla Ciebie naturalne?

Na pewno nie jest tak, że jestem obrażony na Bambi, bo nie używa podwójnych rymów albo że rozpaczam, bo Bonus nagrał z Oliwką Brazil. Chyba nigdy nie miałem takiego etapu w swoim życiu – może to jeszcze przede mną. Z drugiej strony, zaraz będę miał czterdzieści lat i nie będę udawał, że teksty nastolatków, które często opowiadają o tym, że podmiot liryczny ma pieniądze lub że uprawia seks, są dla mnie interesujące. 

Bawi mnie, że wielu moich znajomych, będąc dorosłymi, nieironicznie pisze rzeczy w stylu, że hip hop umarł. Oni po prostu się tym już nie interesują. Gdyby odpalili sobie jakiś Spotify, czy cokolwiek, to mogliby zobaczyć, że nadal mogą słuchać rapu od swoich rówieśników. Nawet jeśli nie chce się szukać nowych artystów – w zeszłym roku wyszły nowe materiały od takich postaci jak: Nas, Big L, Mobb Deep, De La Soul, Włodi i wielu innych. Naprawdę nie trzeba słuchać Young Leosi. Chociaż beef z Fagatą sprawdziłem i ten numer z bitem jak z “Króla Lwa” przykuł mą uwagę – moim zdaniem Leosia tournament winner. 

Szczerze mówiąc, bardziej niż rap młodzieży, odpycha mnie, kiedy ktoś starszy ode mnie, rapuje teksty dla nastolatków. 

A jako prawie 40-latek dalej szukasz czegoś w rapie i próbujesz być na czasie? 

Na pewno nie jest już tak, jak było kiedyś, że codziennie sprawdzam nową płytę, że jadę samemu na koncert do innego miasta lub nawet że idę na koncert dziesięć minut od domu w grupie. Mimo że mam naprawdę mało czasu na muzykę, to raz na jakiś czas sprawdzę, co ktoś mądrzejszy poleci na Facebooku, odpalę playlistę Rap Sesja lub włączę nowe rzeczy od artystów, których kiedyś słuchałem. Nie próbuję być na czasie, ale i tak te najważniejsze albumy raczej prędzej lub później sprawdzam (często pobieżnie). W każdym razie nadal potrafię się zachwycić wieloma nowymi rzeczami. 

Cały czas czytam też Ślizgawkę i jestem na bieżąco z postami gości, którzy przez 800 stron propsują Tego Typa Mesa i analizują wygląd Admy – moim zdaniem warto. 

„Lirycznego terrorystę” możecie kupić ze strony Empik.com (wersja fizyczna/e-book).