W ostatnich kilkunastu latach Wyclef Jean nie miał dobrej passy pod kątem wydawniczym. Jego albumy nie docierały do masowego odbiorcy, nie cieszyły się uznaniem wśród krytyków (choćby trzecia część Carnival). W tym czasie nawet pojawił się gościnnie u boku Tatiany Okupnik. Na fali fascynacji jej twórczością uważałem to za sukces jak „romans” Prosto z Lil Dapem. A najczęściej docierały do mnie informacje mniej istotne – tu o jakimś zamachu na artystę, tam o jego kandydaturze na prezydenta Haiti. W pewnym momencie już nie wiedziałem, czy to jeszcze legendarny raper czy – nie wiem – George Weah? Wszystko to zostało sowicie wynagrodzone, ponieważ najnowszy album współtwórcy Fugees jest po prostu wybitny! Powoduje, że odcinam się od rzeczywistości, choć jeszcze kilka miesięcy temu nie spodziewałbym się, że Wyclef kiedykolwiek mnie jeszcze zaskoczy.

Wyclef Jean i jego zapiski

Clef Notes – Quantum Leap Vol. 1 jest pierwszą z zapowiadanych przez artystę siedmiu płyt, które razem mają tworzyć większą całość. Serię, mającą przybrać formę muzycznego serialu biograficznego, reżyserowanego przez najpopularniejszego Haitańczyka. Na każdej z tych części będzie poruszał się po innych gatunkach muzycznych, ale takich, z którymi miał styczność na przestrzeni swojej trzydziestoletniej kariery – r&b, country, jazz, gospel, reggae. W pierwszej kolejności otrzymaliśmy hip-hop, ponieważ to właśnie dzięki niemu Clef miał w ogóle możliwość spełniania się w późniejszych latach na innych płaszczyznach. Na tym woluminie zachwyca konstrukcja – do każdego utworu przypisany jest rok, do którego przenosimy się wraz z jego autorem. To opowieść o dorastaniu, sukcesie, emigracji, rapie czy wierze, przedstawiona nielinearnie jak u Nolana, ale i o przyszłości. Ich bohatera gościnnie wspierają artyści, reprezentujący chyba każdą szkołę rapu – Rapsody, Lil Wayne czy G Herbo. A także wokaliści i wokalistki.

Clef Notes… to naprawdę swoisty powrót do korzeni, zwłaszcza pod względem muzycznym. Albumy, których autorem był Wyclef Jean, od zawsze wykraczały poza ramy hip-hopu w jego klasycznej formule. Nie inaczej jest w przypadku tej płyty. Przyjemne beaty, mocno organiczne, bogato zaaranżowane. Urozmaicone przez nienachalnie dograne instrumenty, które nie dominują reszty. Nadal prym wiedzie hip-hop. W swojej różnorodności bardziej przypomina debiut Jeana, z tym że nikt na szczęście nie wpadł na pomysł coverowania Bee Gees. To, o czym mówię, doskonale obrazują 1997 – GBTC z dodatkowymi partiami trębacza Theo Crokera, czy wręcz obłędny, choć przesadnie uduchowiony, 1991 – Devil’s A Lie, zresztą mój faworyt.

Nie jestem przeciwnikiem prostego, klasycznego rapu (wręcz przeciwnie), ale moja fascynacja soulem i funkiem sprawia, że lubię płyty wychodzące poza kanon. Kocham Electric Circus Commona, a na łamach Braku Kultury opisywałem DIAMONDS & FREAKS od BLK ODYSSY. Dołącza do nich najnowszy Wyclef, ponieważ trafia w to moje małe upodobanie.