Kizo i Julia Wieniawa – na papierze to połączenie brzmi jak przyszła para prezydencka, kolejni uczestnicy telewizyjnego show albo współpraca na kanwie muzycznej. Wylosowało się – niestety dla wszystkich słuchaczy – to ostatnie. Co tu dużo mówić, ta kooperacja nie szokuje jak legendarne połączenie Skolima, Tede i Stachursky’ego w “Lecie w mieście”, brzmi raczej jak coś oczywistego z excelowego punktu widzenia. Sam efekt tej współpracy również stoi poziom niżej (a poprzeczka nie była wysoko zawieszona), lecz nie powinno to dziwić, bo gdzież Kizownikowi do Króla Latino, a Wieniawie do autora “Doskozzzy”?

I choć Kizo potrafi robić fantastyczne letniaczki, takie jak “Disney”, to balansująca na granicy lovesonga “LAWETA” poleci na imprezie jedynie wtedy, gdy algorytm podsunie ją przypadkowym słuchaczom zbyt zajętym konwersacjami, by domagać się “włączenia, kurwa, czegoś normalnego”. Bo cóż zajmującego może być w tym leciutkim, zwiewnym kawałku opartym na gitarowym brzdąkaniu? Może jedynie rozważania, czy zrobili go ludzie, czy wypluło go AI. Kizo nawet nie stara się rapować, wybiera melorecytację. Absurdalne wokale Wieniawy przypominają mi karykaturalny występ Mandaryny w “Ev’ry Night”, ale gdy przestałem się śmiać, zdałem sobie sprawę, że piosenkę Marty Katarzyny Wiśniewskiej z domu Mandrykiewicz pamiętam po dwóch dekadach, a o Julii zapomnę po dwóch minutach. Cóż, rapować i śpiewać może każdy, ludzie przecież posłuchają ze względu na nazwiska – muzyka jest wszak sprawą drugorzędną.