Coraz bardziej pragniemy się porozumiewać wizualnie. Obraz i wideo spokojnie zgarniają dziś większą część medialnego tortu niż stary, dobry tekst. Ugryzienie antyliterackie dopadło również i mnie, krytyka swego czasu piszącego często, a obecnie dającego upust opiniodawczym potrzebom przeważnie w minirecenzjach na Filmwebie. Na tegorocznego OFF-a pojechałem przede wszystkim w roli fotografa. Starałem się podejść do sprawy na poważnie – tak zadaniowo, że mogłoby wyglądać na zawodowo. Nie miałem fotoakredytacji, lecz walka o dobre kąty na wykonawców zyskała wyższy priorytet niż moja osobista muzyczna immersja słuchacza. Przygotujcie się zatem na trochę mniej słów, a więcej zdjęć z taśmy 35 mm. Z wielu z nich jestem całkiem dumny.

DZIEŃ I: PIĄTEK

W tym roku kolejka do wymiany karnetów na opaski, co zaskakujące, nie była ogromna. Udało mi się trafić na końcową część koncertu Dana and Alden na głównej scenie. Saksofonista i perkusista z amerykańskiego stanu Waszyngton wraz z małym zespołem grali sympatyczny smooth jazzik. Nie była to typowa oferta OFF-owa, ale obyło się bez kiczu.

Zaraz potem popędziłem na Current Joys. Projekt Nicka Rattigana z jakiegoś powodu poznałem dość dawno, mimo iż popularność przyniosła mu dopiero tiktokowa soundtrackowość, a obecnie wykorzystanie jego piosenek w hitowym filmie Obsesja. Nawet nie pamiętałem, na czym cała ta zabawa może polegać, ale otrzymałem niezłą indie rockszczyznę. Znajome klimaty.

Następnie dotarłem na Black Country, New Road. Przyjąłem jakiś czas temu założenie, że zespoły, wobec których mam mniej niż wybijająco się pozytywny stosunek, koncertowo radzą sobie lepiej, niż na albumach, czyli moim domyślnym sposobie poznawania muzyki. Podczas występu popularnego BC,NR zadziałała dla mnie wyłącznie siła materiału. Jak już wspominałem, utwory z ich nowej płyty rajcują mnie znacznie bardziej, niż te z poprzednich. Koncertowa atmosfera i lekka nietrzeźwość nie pomogły mi jednak się przekonać do ciągutek z hiperuznanego Ants From Up There.

Odpowiednio wcześnie zmyłem się więc pod scenę, na której miał występować Earl Sweatshirt. Z rapowego lajnapu OFF-a 2026, to właśnie on wydał mi się najciekawszym wykonawcą. I faktycznie – doświadczony, choć wciąż młody amerykański raper pokazał klasę. Doceniłem jego technicznie równie skomplikowany, co wyszlifowany rap. Nie znam dobrze piosenek Earla, ale wiedziałem, że nie należy się po nim spodziewać szczególnie energetycznych kawałków. W połowie koncertu zrozumiałem, na czym to ma polegać, i poszedłem zająć miejsce przed headlinerem.

The Flaming Lips zagrali najbardziej efektowny (o ile nie efekciarski) i cudaczny koncert festiwalu. Cukierkowa psychodelia wykonanego w całości albumu Yoshimi Battles the Pink Robots została opatrzona spektakularną oprawą wizualną. Obok dmuchanych różowych robotów widownia mogła również nacieszyć się puszczanymi w jej stronę wielkimi balonami i konfetti. Te piosenki Flaming Lips są oczywiście świetne, a parę z nich tak sobie zdążyłem ukochać, że nie mogłem się powstrzymać od silnego wzruszenia i łez w trakcie wykonu. To było zdecydowanie niesamowite, pełne energii show i stojąc tak blisko sceny do końca, doświadczyłem go z pełną intensywnością. Żałuję tylko, że z kluczowego składu zespołu pozostał dziś jedynie wokalista Wayne Coyne. Na tle jego ekstatycznej osobowości reszta zespołu występowała w pewnym wycofaniu.

Emocje nie zdążyły jeszcze opaść, a już musiałem wybrać się na zamykacz pierwszego dnia, czyli Los Thuthanaka. Był to prawdopodobnie najbardziej przeze mnie wyczekiwany koncert OFF-a. Nowatorskie rytmy i tekstury dźwiękowe tego elektroniczno-gitarowego duetu okazały się miazgą na żywo tak samo, jak na nagraniach studyjnych. Beaty z ich występu wciąż do mnie wracają, a piszę ten tekst prawie dwa tygodnie po fakcie. Nazwałbym koncert Los Thuthanaka jako moim ulubionym festiwalu, gdyby nie to, że przecinające trans długie noisebientowe fragmenty okazały się dla mnie zbyt wymagające. No i skończyli dwadzieścia minut wcześniej, niż zapowiadano. Fotoreportersko nieco spaprałem sprawę, bo na poprzednim koncercie wystrzeliłem się z taśmy i nie wziąłem ze sobą kolejnej rolki. Zamiast tego zrobiłem coś, czego raczej nie robię, czyli nagrałem wideo telefonem.

DZIEŃ II: SOBOTA

Z ciekawości wyruszyłem całkiem wcześnie na koncert Drabusheyki, bo słyszałem o tym młodym polskim raperze-ragerze kilka ciepłych słów. Całkiem możliwe, że jest dobry, ale po koncercie w formule mniejszościowego dorapowywania do podkładu z pełną ścieżką wokalną nie mogłem się o tym przekonać. Zrobiłem parę fot na początku i tyle mi wystarczyło. Na przyszłość powinienem wiedzieć, na co się piszę, idąc na takie gigi.

Czasem trzeba spojrzeć wprost na wielkie białe plamy na swojej muzycznej mapie. Jedną z nich jest dla mnie berliński zespół Einstürzende Neubauten, o którym wiedziałem tylko tyle, że jest legendą pierwszej fali muzyki industrialowej. Nie powinno było mnie to ani trochę zaskoczyć, ale industrialowość Niemców miała wymiar dosłowny: faktycznie używali metalowych przedmiotów jako instrumentów. Było to interesujące i urokliwe, ale wystarczyło mi pierwsze kilka utworów, bo wolę muzykę jasną niż ciemną.

A skoro o muzyce jasnej mowa, to wspomnę teraz o Arthurze Verocaiu. Na koncercie brazylijskiej legendy dało się usłyszeć bodaj wszystkie utwory z jego klasycznego albumu z 1972 roku. Verocai pełnił tu funkcję dyrygenta i rzadziej wokalisty, a AUKSO Orchestra imponująco i precyzyjnie zagrała jego wirtuozerskie kompozycje. To był pierwszy raz, kiedy spotkałem się na żywo ze zjawiskiem „popowego dyrygenta” i samo widowisko w moich oczach bazowało zdecydowanie na wielkiej mocy materiału. Miałem wątpliwości co do tej formuły, obserwując, jak starszy pan w nożnej ortezie wykonywał gesty w stronę orkiestry, która świetnie by sobie radziła i bez jego instrukcji. Niemniej to tylko mankament i na koncercie zostałem do końca.

Następnie wybrałem się na Oklou. Z występów opartych w dużej mierze na playbacku ten wydał mi się na tyle sprawnie wykonany, że nieszczególnie mnie ten zabieg przejął. Chyba właśnie o to chodzi, żeby dobrze dopasowywać kłapy do nagrania, a nie coś tam do niego od czasu do czasu dośpiewywać. Low-key przyjemny koncert.

W trakcie koncertu Young Leana i Bladee’a jadłem naleśnika z warzywami za czterdzieści złotych. Wpadłem na ich występ tylko na chwilę, żeby zrobić parę zdjęć. Było tak ciemno, że nawet nieszczególnie wyszły.

Ostatnim muzycznym doświadczeniem soboty był Sega Bodega. Może jeszcze pozostawałem pod urokiem miksowania na żywo drum’n’bassów, w których uczestniczyłem kilka tygodni wcześniej, a może wciąż nosiłem w pamięci zabójczy Hi-Tech z zeszłorocznego OFF-a, ale ten set nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Brytyjski didżej (i nie tylko) w swoim miksie uwzględnił różne gatunki muzyki tanecznej, oczywiście w centrum stawiając house. Była to schludna i przyzwoita, lecz mało przygodowa mieszanka, porzucająca nowe stylistyczne wątki tak szybko, jak je wprowadzała. Najbardziej uwierało mnie jednak to, że nie czułem, by to były dźwięki konstruowane na żywo. Wystarczyło mi z dwadzieścia minut lekkiego bujania.

DZIEŃ III: NIEDZIELA

Przesunięcie Wednesday z soboty zmusiło mnie do zjawienia się w Dolinie Trzech Stawów na pierwszym bloku o 16:35 i zmierzenia z następującym potem długim okienkiem. Ale nie żałuję. Możliwe, że zespół był najlepszą propozycja z festiwalowej oferty alt/indie rockowej. Mój główny przytyk do najnowszego albumu tego zespołu, czyli miałka produkcja, nie miał tutaj żadnego znaczenia. Nasycone country, wyluzowane piosenki weszły mi świetnie. Wednesday na żywo dało się mi poznać jako bardzo sympatyczny zespół, którego doskonale się słucha, leżąc na trawie w letnie, prażące słońcem popołudnie.

Po dłuższej przerwie dotarłem na koncert Johnny’ego Marra. Nie liczyłem na wiele, więc mile się zaskoczyłem tym, jak przekonujący dał występ. Marr, choć wyrósł z (bardzo wczesnej) tradycji indie popu, nosił się na scenie jak klasyczny rockandrollowiec. Pełen energii i dumy przemieszczał się po niej i demonstrował, w ilu pozach można grać na gitarze. Przekrojowy repertuar ładnie uwydatnił fakt, że Marr to nie tylko gitarzysta The Smiths. Poza piosenkami z solowej kariery muzyka znalazło się też miejsce dla epizodów z zespołami Electronic i Modest Mouse oraz właśnie wybranych kawałków ze Smithsów. Muszę przyznać, że potrzebowałem usłyszeć szczególnie te ostatnie. Tak powinien wyglądać koncert żywej legendy rocka.

Tuż potem nastąpiła pora na wyciszenie. W intymnym solowym koncercie angielskiej piosenkopisarki Joanne Robertson uczestniczyłem na krótko. Nie dlatego, że był jakiś nieudany, a dlatego, że coraz trudniej radzę sobie z tak spokojnymi klimatami na stojących koncertach festiwalowych. Nogi mi nie potrafią na nich ustać, muszę się ruszać. Z autorskich gitarowych kompozycji Robertson nie wylało się na mnie tyle piękna, żebym przemógł się do wysłuchania całości. Udało mi się za to zrobić podczas tego występu moje ulubione zdjęcia. Takie, na których skromne światło sceniczne robi całą atmosferę i zarazem wiernie oddaje prawdę chwili.

Nadszedł czas na najcięższą muzę OFF-a 2026. Na koncercie metalowego Deafheaven poczułem się trafiony wielką kulą energii. Nie spodziewałem się tak dynamicznego, a jednocześnie majestatycznego występu. George Clarke poza screamowaniem do mikrofonu zgrabnie fikał po scenie, a gitarzyści w skoordynowanych ruchach stawali na podwyższeniach lub naprzeciwko siebie. Miejsca na melancholię było niewiele, liczyło się napierdalanie. Nie mam po nim wątpliwości, że Deafheaven jest jednym z największych współczesnych metalowych bandów.

Dziesięć minut przed setem Ninyjirachi zjawiłem się pod wypakowanym po brzegi namiotem sceny Trójki. Poza tym, że publiczność była wyjątkowo gęsta, była również jedną z najbardziej żywych. Nic dziwnego, bo w repertuarze Niny można znaleźć garść bangerków. Cieszy, że profil stylistyczny jej housowego seta – tak jak i będącego dlań podstawą albumu – zawierał wyróżniające smaczki w postaci brzmień metalicznych i euro. Znowu natomiast odniosłem wrażenie, że miks był zbyt „czysty”, a do zadania didżejki przede wszystkim należało hajpowanie publiki i kręcenie co mniej znaczącymi gałkami dla pozorów. Z koncertu zmyłem się w połowie, ale głównie z uwagi na to, że z ciężkim sprzętem fotograficznym trudno było sobie poradzić w tak skocznym tłumie.

Mój festiwal zamknęła kalifornijska grupa LSD and the Search for God. Ich delikatna, senna odmiana shoegaze’u była przyjemna, choć ostatecznie zbyt spokojna. Byłem wybrakowany pod względem wrażeń towarzyskich, więc zawinąłem do Baru Śmigło w nadziei, że tym razem w końcu kogoś spotkam. I rzeczywiście, w końcu się udało.

I tak wyglądała moja czwarta przygoda z OFF-em w 2026 roku. Podczas tego festiwalu bujałem się od koncertu do koncertu, często przez wiele godzin bez przerwy. Zobaczyłem najwięcej wykonawców od czasów edycji z 2023 roku i nawet nie czułem się aż tak zmęczony. Prawdę mówiąc, gdyby nie występowało tylu interesujących artystów, to nie byłbym tak zajęty, a raczej wychodził na piwko z koleżeństwem. Chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem, gdy powiem, że za rok szykuje się podobna relacja.