Trzech białostockich muszkieterów – Hukos, Cira i Max Kolo nagrało materiał na bitach Folka. „Jednym haustem” to materiał, w którym rozliczają się z szalonym, młodzieńczym życiem, wspominają gówniarskie akcje, ale poruszają też szereg poważnych tematów. W wywiadzie rozmawiamy o tym, jak doszło do zawiązania składu HCMF, co działo się w życiach chłopaków przez ostatnią dekadę i jak odnajdują się w obecnym rapie. Na koniec kilka projektowych zapowiedzi.
Duet Hukos/Cira kojarzy mi się ze złotymi czasami Step Records. W podobnym okresie przestaliście współpracować z wytwórnią. Cira po drodze wydawał EP-ki, Hukos zajmował się głównie zapowiadaniem nowych rzeczy i kończeniem albumu, który dalej nie ujrzał światła dziennego. Co się z Wami działo przez ten czas?
HUKOS: Cały czas nagrywałem kawałki. Kiedyś nieopatrznie rzuciłem tytuł „Polowanie na niebieskie ptaki” i teraz ludzie myślą, że od lat nagrywam jedno i to samo solo i nagrać nie mogę. W międzyczasie nagrałem pewnie tyle kawałków, że spokojnie wyszłyby z tego trzy płyty, które cały czas były pod zbiorczym tytułem “Polowanie…”.
Życie mi się zmieniło, mam dwójkę dzieci, przy okazji cała chemia mózgu się zmieniała, odstawienie alko, te sprawy i uznałem, że kocham robić rap, ale niekoniecznie cały ten kontekst wydawniczo-polityczny. Także rapowo siedziałem i nagrywałem, ale nie wydawałem. Przez ten czas życiowo zdążyłem budować hale wielkopowierzchniowe na tenisowy Wimbledon, albo na przykład na mistrzostwa świata w golfie, bo też pracowałem w Wielkiej Brytanii przy organizacji największych wydarzeń sportowych, choć nadal o golfie wiem tyle co nic.
Na tych mistrzostwach świata w golfie malowałem płot na biały kolor, a obok jakiś typ próbował trafić do dołka. Podszedł, zagadał, co tu robimy, to mu mówię, że jak widzisz malujemy wszystko na biało, żeby ładnie wyglądało na turniej. Po czym mój współpracownik, rodowity Anglik, chwilę później powiedział mi, że to była legenda golfa i jak ja w ogóle z nim zagadałem. Normalnie zagadałem, a wręcz to on mi w robocie przeszkodził, bo malowałem balustradę. Do teraz nie wiem, kto to był.
Faktem jest, że na rozpoczęcie mistrzostw świata zlecieli się helikopterami prezydenci wielu państw, więc trzy dni przed mistrzostwami całe pole golfowe zostało zamknięte, a nas wysłano na płatny urlop, bo po polu chodzili agenci Secret Service z wykrywaczami metalu. Myśmy się akurat cieszyli, bo mieliśmy trzy dni dodatkowego, a płatnego urlopu.
CIRA: Ja po drodze wydałem trzy mini-albumy poświęcone Białemustokowi – “Pocztówki z miasta B.”. Oprócz tego wypuściłem kilka singlowych numerów, featy, jeden album leży nagrany w szufladzie. Jeżeli chodzi o nieco bliższą przeszłość, to od mniej więcej trzech lat bardzo wkręciłem się w malowanie. Po tym, jak rozstałem się z alkoholem, moja stara plastyczna pasja na nowo odżyła.
I z tego, co widziałem, to przerodziło się to w coś więcej niż pasja – wernisaże, wystawy, nominacje do miana Osobowości Roku.
CIRA: To wciąż pasja, tyle że taka, która wyszła z cienia. Rzeczywiście były wystawy, bo była też w końcu odwaga na podzielenie się malarstwem. Wbrew pozorom poziom stresu przed wernisażem był znacznie większy niż przed dużym koncertem. Na wystawie jestem “obnażony”, widać moje lęki, trudne emocje, odchylenia. Jestem ja w 100%. Bez raperskiej maski, wystudiowanej pozy i żadnych wygodnych filtrów. Na szczęście wypracowałem swój styl i moje prace zostały docenione.
Max, jak Ty znalazłeś się w tym uniwersum?
MAX KOLO: Znamy się od lat i już zdarzało nam się przecinać w numerach. Był taki czas, że wspólnie z Hukosem warzyliśmy własny, domowy browar. Nagraliśmy wtedy kawałek nazywający się jak piwo, które akurat robiliśmy – Smoked Imperial Stout. Zdzwanialiśmy się wtedy często pogadać, ale też porymować nowe rzeczy i któregoś razu wynikło, że ten sam bit, który wziąłem od Folka, chciał również Hukos.
Postanowiliśmy więc zrobić wspólny numer, a że hołdujemy hasłu “gdziekolwiek byś szedł, weź ze sobą ziomka, albo dwóch czy trzech” – do numeru dołączył Cira, który był akurat w 323, czyli studiu, gdzie wszyscy nagrywamy. Naturalnie dołączył do kawałka, który przerodził się początkowo w EP-kę, a następnie w pełnowymiarowy album.
Mimo tego, że znałeś się z chłopakami, czułeś jakąś presję związaną z tym, że nagrywasz z bardziej znanymi postaciami?
MAX KOLO: Może gdyby ta płyta wychodziła 15 lat temu, to czułbym jakąś presję. Nie myślałem o tym, że to bardziej znane postacie, a dobrzy MC. Chciałem dać po prostu dobre zwrotki. Przez 26 lat rapowania przyzwyczaiłem się, że robię to bardziej dla siebie i niewielkiego grona odbiorców. Właściwie to dopiero po nagraniu “Jednym haustem”, kiedy materiał czekał na doszlifowanie – skrecze, miks itd. – nagrałem “Być Jak Max Kolo” i “Kroniki EP” i pomyślałem, że może warto zadbać o jakąś promocję, ale klipy i wysłanie info do portali okołorapowych to jednak za mało.
Wracając do pytania – tuż przed wydaniem “Jednym haustem” myślałem, że może to, że moi koledzy to bardziej znane postacie, trochę pomoże nam w promocji. Trochę pomogło, chociaż myślę, że mamy potencjał, żeby dotrzeć do większej liczby osób, które szukają „prawdziwego” rapu i wiecznie narzekają, że teraz to rapu nie ma. Jest, trzeba tylko poszukać. Zdaje sobie jednak sprawę, że ludzi, którzy szukają, jest mniej niż tych, którzy sprawdzają jedynie główny nurt i trzeba też „umieć” w promocję, jednak robię tylko to, co sprawia mi frajdę. Czasem sam zrobię sobie klip, nagram rolkę, jak mam na to akurat zajawkę, ale nie chce mi się nachalnie promować, nie czuję tego.
Wiecie, jaka jest moja pierwsza myśl po przesłuchaniu “Jednym haustem” – bardzo dużo tam używek, dużych i małych. Oczywiście często opowiadacie już w czasie przeszłym, ale zebraliście trochę doświadczeń.
MAX KOLO: Lubiliśmy przymelanżować, nie da się ukryć. Zbieranie doświadczeń to był dla mnie zawsze pierwszy etap tworzenia. Rap opierałem na przeżyciach, spróbowanie różnych używek to w pewnym sensie też był dla mnie hip-hop. Dziś mamy setki historii do opisania. Było wesoło, było smutno. Chyba udało się to uchwycić na tym albumie, który pomimo, że jest gorzki to ma też bardziej rozrywkowe momenty.
Tak – szczególnie słychać to w “AAkcjach”. Tak czy inaczej Cira pisał o tym albumie, że to domknięcie przeszłości, rozliczenie się z latami błędów. To też dość ciekawe podejście, bo wielu dorosłych raperów wróciło na scenę, ale raczej po to, by swoimi historiami przestrzegać słuchaczy. Wy nie próbujecie być kaznodziejami – po prostu opowiadacie o sobie.
MAX KOLO: Hukos mógłby być pastorem. (śmiech) Tak jak wspominałem, nazbierało się tych historii przez lata, więc jest o czym opowiadać. Nie czuję, że powinienem kogoś pouczać, mogę mówić tylko o swoich przeżyciach i refleksjach.
CIRA: Tak, ja postawiłem kropkę. Mój balet, odpukać, się zakończył. Oczywiście poza całą dewastacją, jaką poczynił alkohol, to po drodze było wiele zabawnych, zakrapianych sytuacji. Np. mało kto wie, że niejaki Czaszka, a.k.a. Huzar a.k.a Hukos świetnie sobie radzi w potoczystych dyskusjach, kwiecistych rozmowach i napędzanych alkoholem monologach. W tych ostatnich był tak dobry, że w zasadzie nie potrzebował odbiorcy. Pamiętam, jak siedzieliśmy kiedyś nadziabani we dwóch w bezimiennym hotelu po koncercie i filozofowaliśmy bez sensu. Skończyło nam się piwo, więc ruszyłem sam na stację po zapas. Gdy wychodziłem z pokoju, Bartek rozprawiał o geopolityce Bliskiego Wschodu i silnie wzburzony nie przerywał nawijki, jak zamknąłem drzwi. Gdy wróciłem po pół godzinie, jeszcze przed drzwiami słyszałem jednoosobową debatę o potężnym spisku elit i niesprawiedliwości świata. Wszedłem, wypiłem pół browca i poszedłem spać. Do snu ukołysał mnie papierosowy baryton Hukosa, który w transie prawił dalej.
HUKOS: To, co mówi Cira, to prawda, bo zawsze miałem zajawkę na Himilsbacha i Maklakiewicza. Lubię filmy, znam cytaty i gdybym tylko miał tatuaże, to na pewno bym wydziabał wesołe mordy Himilsbacha i Maklaka. Ale że „nie mam tatuaży, tak samo jak kompleksów” to lubię ludzi i lubię z nimi rozmawiać.
A Maklakiewicz podobno był nazywany „artystą stolikowym” w znaczeniu, że jak pili dzień przed kręceniem ujęć, to Maklak przy stoliku odgrywał swoje sceny i każdy padał ze śmiechu, a potem następnego dnia już ta magia improwizacji ulatywala i było nadal spoko, ale już nie tak komicznie jak przy stoliku wieczór wcześniej.
Poza prowadzeniem monologów, to po prostu lubisz odpalić na niektóre tematy, co? Na albumie jest fragment o patocelebrytach, których żywot można po prostu przemilczeć, a mam wrażenie, że czystą przyjemność sprawiło Ci poświęcenie im kilku wersów.
HUKOS: Generalnie masz rację, bo największą krzywdą dla cwelebrytów jest brak atencji, więc pewnie najlepiej udawać, że ich nie ma. Ale to gówno jest zbyt popularne, a mnie tak po ludzku boli, że teraz promuje się głupotę, a nie wartościowe rzeczy. Prywatnie uważam, że to nie dzieje się bez przyczyny, ale tu musielibyśmy zahaczyć o jakieś teorie spiskowe.
Jest taki wywiad do obejrzenia na YouTube z początku lat 90. z rosyjskim szpiegiem, który przeszedł na stronę Amerykanów i on tam prosto i dosadnie mówi, że najłatwiejszą drogą do zniszczenia zachodnich społeczeństw jest ogłupianie ludzi za pomocą mediów i fałszywych idei. Nie przewidział jeszcze wtedy, że powstanie coś takiego jak social media, ale już wtedy w tym wywiadzie postawił diagnozę, że najłatwiej niszczyć społeczeństwa mącąc w głowach kobietom. To się właśnie dzieje na naszych oczach, bo według wszelkich badań na negatywny wpływ social mediów są najbardziej podatne dzieci i kobiety.
Wracając do patocelebrytów, to promują oni często zakrzywiony obraz rzeczywistości, ja to wiem, ty to wiesz, ale całe masy ludzi nie mają narzędzi poznawczych, żeby to skumać. Fałszywe idee to kolejna rzecz która mnie boli. Cała ta promocja w mediach nastawiona na rozwalanie tradycyjnych wartości, obrzydzanie tak pięknej idei, jaką jest posiadanie rodziny… Cholernie długi i złożony temat.
“Nie mów mi o śmierci” to z kolei numer-tribute dla zmarłych. Z wiekiem zmieniło się Wasze postrzeganie śmierci?
MAX KOLO: Zobaczyłem śmierć z bliska i to zmieniło moje postrzeganie życia. Jest tyle rzeczy, które chcę robić, że szkoda mi czasu, by zdychać na kacu. Koniec może nadejść szybciej niż nam się wydaje. Dlatego staram się żyć tak, żeby być gotowym na śmierć. Jak to nawinął Sokół – znałem takiego, co odłożył, ale wydać nie zdążył, bo nie dożył. Mój ojciec dożył pierwszej emerytury i zmarł na raka. Nie ma co odkładać życia na później.
CIRA: Przy mnie ostatni oddech oddała moja mama, podobnie zresztą dziadek. Zmarło też kilkoro moich przyjaciół. Dość często myślę o śmierci, ale nie pojawia się już paniczny lęk jak kiedyś. Oswajam tę myśl. Dumam o naszej kruchości i maleńkości. Jestem nawet w pewien sposób ciekawy, co będzie lub nie będzie dalej. Wierzę jednak, że będzie spokój i światło.
HUKOS: A moi bliscy żyją, poza moimi dziadkami, którzy mnie wychowywali do około osiemnastego roku życia, za to mam dwoje dzieci i chcę żyć dla nich. To chyba jedyne pytanie, gdzie nie będę se beki toczył. Mam silną potrzebę życia, żeby pokazać dzieciom różne rzeczy. Muszę.
Nie przeraża mnie śmierć mnie samego, a śmierć, że nie zdążę wytłumaczyć swoim dzieciakom nawet prostych rzeczy. Nagrać kiedyś z córką kawałek, a syna uczyć podstaw koszykówki, to moja wielka motywacja do życia. Tu też wchodzi cała bajera o upływającym zbyt szybko czasie. Wszystko to „Proch i pył” cytując tytuł jednego z naszych numerów HCMF.
Max w ostatnich latach był dość aktywny, ale Hukos i Cira wrócili do wydawania w podziemiu, które jest zupełnie inne niż 15 lat temu. Czy sam proces wydawniczy był dla Was wyzwaniem?
HUKOS: Powiedziałem to wcześniej – na pewnym etapie odechciało mi się uczestniczyć w wielkim świecie rapowo-biznesowym i po prostu nagrywałem nowe rzeczy. Po cichu i bez rozgłosu i w sumie może dla samego siebie. Akurat ponowne bycie w podziemiu odblokowało mi pokłady zajawki i to bardzo oczyszczające uczucie móc robić rap, jaki się chce, bez myślenia, kto i ile osób to posłucha. Także dla mnie powrót do podziemia był wręcz oczyszczający. Mam w ogóle zachwiane proporcje, ale skoro robimy dobry rap, to kto nie słucha, ten traci.
Teoria hamburgera tu dobrze pasuje. Wiadomo że najbardziej lubiane i najlepiej sprzedające się hamburgery są spod znaku złotych łuków. Czy to znaczy, że robią najlepsze hamburgery? Nie, raczej najbardziej popularne. Osoby, które chcą zjeść naprawdę soczystego burgera, pójdą do osiedlowej burgerowni. Także ponowne bycie w podziemiu to wręcz nobilitacja.
MAX KOLO: Parafrazując Smarka: “Nieważne, gdzie to leci, ważne czym jest”.
“Odechciało mi się uczestniczyć w wielkim świecie rapowo-biznesowym” – a to też nie było trochę tak, że w tym 2014-2015 roku, kiedy wydawaliście ostatnie rzeczy w Stepie, to scena się zmieniała na tę, powiedzmy, newschoolową – w brzmieniu zupełnie inną od tego, co Wy nagrywaliście? To nie był jeden z czynników, przez które wystopowaliście kariery?
HUKOS: Zmiany jako takie są dobre, a wręcz potrzebne. Mnie bardziej wkurwia fakt, że hip-hop zaczął sam być tym, z czym wiele lat walczył. To nie niuskul jest zły jako taki, bo sam go lubię, ale komercjalizacja muzyki. Najgorsze, co może być, to myślenie już na etapie powstawania kawałka, co powiedzą na to algorytmy i co może się spodobać. Hip-hop, przynajmniej dla mnie, właśnie dlatego był zajebisty, bo można było mówić wszystko o wszystkim, w każdy możliwy sposób. To całe nowoczesne myślenie algorytmowe, a nie że robisz, co czujesz i ci w duszy w danej chwili gra, a potem ewentualnie jak to jest dobre, to trafia do ludzi, to rak tej muzyki.
Ale w sumie to rak naszych czasów, bo teraz ludzie są gotowi własne gówno zjeść czy każde gówno powiedzieć, jeśli to da wyświetlenia, a co za tym idzie – zyski. Mój hip-hop, który pokochałem, był buntem, wiem, że to naiwne, ale tak było, a dzisiejszy hip-hop jest produktem. Nikogo to nie obchodzi, ale nie ma na to mojej zgody i sobie zdechnę w ciszy ze swoimi ideałami. I też spoko.
CIRA: Być może to był jakiś czynnik. Nigdy nie próbowałem gonić za trendami i wpasowywać się w główny nurt. Nie interesuje mnie gonitwa sprzedażowa ani produkowanie piosenek okołohiphopowych. Nie chce udawać, bo to od razu słychać. Taki błąd popełniłem np. na płycie „Boomer Bragga”, gdzie w kilku numerach wrzuciłem na luz, który był niestety sztuczny. To potem słychać.
Od premiery “Jednym haustem” trochę już minęło – jesteście zadowoleni z odbioru albumu? Udało się pchnąć trochę CD-ków?
HUKOS: Jestem zadowolony, ale też nie miałem żadnych wielkich oczekiwań. 99% osób, którzy posłuchali naszej płyty, wypowiada się o niej bardzo dobrze, natomiast wiadomo, że tych słuchaczy jest jakieś wąskie grono. Z drugiej strony mi się podoba trafianie do mniejszej, ale bardziej świadomej grupy. Za stary już chyba jestem na użeranie się z ludźmi, którzy słuchają, a nie słyszą.
MAX: Odbiór jest taki, jakiego się spodziewałem. Fizyków poszło około 200 sztuk. Można jeszcze je dostać na alohasklep.pl i na sklepniezalezny.pl, no i bezpośrednio u nas.
Na koniec powiedzicie coś o planach wydawniczych, bo z tego, co wiem, każdy z Was coś dłubie.
MAX KOLO: Robię album “Grandmaster Max” oraz EP-kę z Mayorem. Może jeszcze ten rok, może przyszły. Z Cirą coś tam mamy zaczęte. Projekt będzie się nazywał “Cinema Paradiso”. Może za jakiś czas HCMF 2 zaczniemy. Niech tylko Hukos wyda w końcu swoje solo.
CIRA: Siekam obecnie mixtejp na baaardzo starych bitach Tedego. Zajebista historia. Dawno temu, 98’, 99’… była w Białymstoku taka impreza jak Huta Street Festival. Mój ziomek JotEr jako początkujący MC podbił wtedy do TDF-a i zagadał o podkłady. Po kilku miesiącach rzeczywiście dostał przesyłkę z bitami… Uściślając – przesyłkę pocztową z kasetą w środku! Po wielu latach sprezentował tę taśmę mi. (Dzięki brat!). A ja od kilku miesięcy wraz z DJ-em Bulbem, z Patem, z Esdwa i z kilkoma raperami pracujemy nad materiałem na tamtych oldskulach. Zajawa.
HUKOS: Mam gotową płytę solo „Polowanie na niebieskie ptaki” plus dużo kawałków, które na nią nie weszły, więc może z tego też zrobię jakąś EP-kę albo puszczę luźno w sieć. Mam napisane całe kolejne solo „Zmierzch dobrych drani”, póki co 16 kawałków. W końcu mamy też plan z Cirą zrobić „Głodnych Z Natury 2”, gdzie mamy trzy kawałki nagrane i pewnie z 10 napisanych. Ale jak pisałem wcześniej – dla mnie rap to nadal czysta zajawka, a nie biznes, więc co z tego będzie – zobaczymy.




