Matt: Minęło już prawie pół roku od premiery “LTD.” i nie mogę się pozbyć wrażenia, że płyta przemknęła gdzieś boczkiem i tyle ją widzieli. Wszystko rozumiem: czasy fast food music, leniwi słuchacze, WCK jest niby najmocniejsze w podziemiu, ale tylko w podziemiu. Zagrali trasę, niedużą, bo niedużą, ale jednak. Wystąpili też na festiwalu w Opolu, co na pewno jest sporym wydarzeniem. Wyświetlenia są chyba całkiem niezłe, ale rodzi się we mnie spory sprzeciw wobec tego, że WCK nie jest obowiązkowym elementem większości HIP-HOPOWYCH festiwali w Polsce. Boli mnie, że media – hip-hopowe i nie tylko – nie poświęciły krzty swojego czasu na zrecenzowanie albumu czy porozmawianie z twórcami. I może ja się niepotrzebnie spinam, bo ludzie z WCK raczej nie narzekają. Po prostu jest jak jest i nie ma co bić głową w ścianę jak GSP, może pomimo braku tej otoczki i tak jest dobrze, bo na Święto Ławki przychodzą tłumy. Ale trudno mi się pogodzić z tym stanem rzeczy – szczególnie teraz, gdy wspiera ich tak medialny potwór jak O.S.T.R.
Modest: Wsparcie Łodzianina dało się odczuć na tegorocznym “Święcie Ławki”. W tym sensie, że akurat podczas tej edycji promowano właśnie płytę “LTD.”, a obecność Ostrego czy Hemp Gru w harmonogramie imprezy sprawiła, że pod sceną pojawiło się sporo wiary. Ergo: “Święto Ławki 2025” zgromadziło najwięcej ludzi spośród wszystkich edycji i było zorganizowane chyba w największym jak dotąd klubie. WCK może być postrzegane jako ostatni bastion obrońców wartości w hip-hopie, ale można było wtedy odczuć, że jest się na jakimś wydarzeniu sponsorowanym przez Bacardi. Ciekawym doświadczeniem było usłyszeć na żywo numery Biaka i Qzyna z ich płyty, odczuć na własnej skórze jak White House wyprzedziło swoje czasy o lata świetlne, gdy zabrzmiały pierwsze takty “Na raz” O.S.T.R.-a, ale to występ WCK-ów był prawdziwym creme de la creme. To nie są raperzy, którzy otworzyli Excela i chcąc go zapełnić, nagrali kilka albumów. To przyjaciele, których połączyła zajawka do hip-hopu i czuć tę chemię ze sceny. Już nie mówiąc o typowych aspektach tego rzemiosła, jak ruchy sceniczne czy kontakt z publiką, które opanowali do perfekcji.
Marcin Półtorak: Ale ja nie czuję, żeby ta płyta, jako całokształt, była jakimś wybitnym skokiem na kasę i popularność. W swoim Króciutku szczerze życzyłem nura w jak najgłębsze odmęty basenu Sknerusa McKwacza, ale finalnie album na taki nur nie brzmi. Okej, O.S.T.R. trochę wyoblił brzmienie w porównaniu do poprzednich albumów, ale czy samo to jest kryterium trudnienia się komercją?
Matt: Nie chodzi mi nawet o komercję samą w sobie czy jakiekolwiek negatywne aspekty popularności. Wręcz przeciwnie – liczyłem na to, że obecność legendy polskiego rapu sprawi, że WCK przebije swoją banieczkę. Tym bardziej że album jest krótszy i, przynajmniej dla mnie, mimo wielu odlotów i dziwnych zabiegów – przystępniejszy. I Wy na pewno lepiej pamiętacie ich poprzednie albumy, ale kiedyś było więcej ŁUP ŁUP JEB JEB w klasycznym wydaniu i to oczywiście było super, ale jak tak łupało przez 80 minut, to mogło przytłoczyć – tutaj ta “normalna” długość i muzyczna różnorodność działa jednak na wielki plus.
Marcin: Nie zgadzam się, poprzednie albumy, były – poza tym, że o wiele bardziej zapamiętywalne – charakterne i w ogóle jakieś. Może poza debiutem, który był nieporadny, ale i stamtąd pamiętam rzeźniczy bit Zioła z “Intra”, pamiętam “Rozgrzewkę”, do której można ćwiczyć, pamiętam wkładanie paluchów w majty ze “Święta ławki”, wreszcie hołd dla Snoop Dogga. “Stej tru” to piękne intro i jeszcze piękniejsze outro, mnóstwo ciepłego śpiewania Kajetana, tracklistowe skoki od lovesongów do bangerów, ale też sześciominutowe, real-talkowe walce. Z kolei “Skład kru” do dziś budzi we mnie żywy podziw dla produkcji wykonawczej i dopilnowania wszystkiego – hooków, chwytliwości, konceptów, follow-upów, grupowej chemii dobrze zrymowanej z egoistycznym superbohaterstwem. To mogłoby wyjść dzisiaj, mogłoby i za 5 lat i dalej byłoby tak samo potężne. Nawet zaserwowane w międzyczasie “Still kruzyn’” było jakieś – choć głównie chaotyczne. Wziąłem z niego postanowienie noworoczne, żeby co tydzień odwiedzać miejsce, w którym mnie nigdy nie było.
Modest: “LTD.” znam najsłabiej z ich dyskografii, ale bardzo lubię dwa inne krążki. Mianowicie: “Stej tru” i “Skład kru”. Na “Stej tru” jest więcej nośnych numerów, choćby ten tytułowy z genialną produkcją Undziarza o wielu ksywach czy “Dawaj sianko”. W pojedynku na single “Stej tru” wygrywa ze swoim następcą. No ale to “Skład kru” jest bardziej równym, spójnym i wydawałoby się, że lepiej zrealizowanym albumem od poprzedniego. Tak więc “Skład kru” śmiało mogę uznać za najlepszy album w dyskografii WCK. Kiedy chcę przesłuchać cały album, wybór jest oczywisty. Jak jestem gdzieś na imprezie i odgrywam rolę DJ-a YouTube’a, włączam poszczególne utwory ze “Stej tru”.
Marcin: A co z “LTD.”? Co z tego jest do zapamiętania? Może “Cukierek czy miłość?”, może refren z “L.A.B”, choć i to raczej na krótko. Może sugestia Knapa, że jak robisz bity, to nie wolno ci zmarnować tego talentu. I tyle. Nadal nie mogę też przeboleć, że udział Kajetana w zbyt wielu kawałkach jest ograniczony wyłącznie do kolejnego głosu w kilkuosobowym chórze śpiewającym refren.
Matt: Jestem bardzo zaskoczony też tym, ile im się tutaj udało upchać i jak przedziwna pod wieloma względami jest ta płyta. “LTD.” zaczyna “Limit”, gdzie Ryfa zaczyna ikonicznym: “Czemu w tym jebanym klubie nikt nie tańczy?” – a potem to wygląda, jakby podczas zebrania składu członkowie zrobili burzę mózgów na temat tego, co powinno znaleźć się w tracku, a na koniec ktoś powiedział: “Dobra, zmieścimy to wszystko”. Ktoś rapuje, ktoś śpiewa, jakieś przejścia, skrecze, cuty, skandowanie, a kawałek trwa niecałe dwie i pół minuty. Świrusy. A zaraz potem wjeżdża “Shit banger”, który ma ponad 6 minut.
Modest: Zdjęcia do “Limitu” były realizowane na wcześniejszym “Święcie Ławki”, na którym również miałem przyjemność być. Że też się nie załapałem do teledysku! Ale pamiętam, że jeszcze pełni energii WCK-i wjechali z tym numerem pod koniec, a ja już stałem gdzieś z boku, zmęczony i zmartwiony długim powrotem do domu.
Matt: Fajne też są te koncepty i koncepciki. “Cukierek i miłość” – o związkach; “Gdyby jutro było zawsze” – o tym, co sugeruje tytuł, “Lego” jest fajną metaforą, nawet pomiędzy kawałkami np. Mada ma świetną przekminę o wnoszeniu noży na koncerty, a Skrubol potrafi się władować z historią o tym, jak poszedł do Żabki, musiał rapować w cypherze z ziomkami i nakryła do sąsiadka. Traumatycznie przeżycie. I świetne jest też to, że każdy tu jest inny i to tak zupełnie inny, co słychać najbardziej w “Cukierku…”, ale i na przestrzeni całej płyty: jedni to indywidualiści, drudzy grają dla drużyny, jest miejsce na luz, filozofię, melanż i chrześcijańskie wartości, a i tak między wszystkimi czuć chemię i miło słyszeć, że ta grupa przyjaciół dowiozła kolejny wartościowy projekt. (Nawet jak pod koniec tempo trochę siada, ale to już dodaję na koniec i w nawiasie, bo to jest właśnie tak istotne).
Marcin: No dobrze, Mati, to oczywiście super i zupełnie szczery props dla WCK za bycie zbieraniną indywidualności. Gdybym był starym grzybem, to bym pewnie dodał, że w dobie auto-tune’owych (nie odróżniam od talkboxa) dukaczy brzmiących zawsze tak samo, świetnie mieć skład, w którym jest aż pięcioro wyrazistych raperów. Tylko że jeśli sprawdzimy, jak często przekłada się na jakość muzyki, to nie jest już aż tak kolorowo. Chemia między artystami rzeczywiście ciągnie część numerów (opener, „Cukierek czy miłość”, „Azzonato”), ale częściej jest zbyt słabo zaznaczona, żeby przebić się przez ogólniactwo podkładów. Same bity też, owszem, mają swoje momenty, ale jednak jednorazowe, nieprzekładające się na repeat value. Na przykład „Shit banger” – ten zupełnie płaski podkład wybucha wobblem w ostatnich 20 sekundach, co jest miłe, ale trochę co z tego, skoro każda z pozostałych 6 minut nudzi. Już nie wspominając o tym, że rapersko też bywa mieliznowato, jak w zwrotce Skrubola z „Gdyby jutro było zawsze”, która brzmi jak ze średnich lotów autopilota (chociaż trzeba oddać sprawiedliwość, że ani sam Skrubol, ani reszta składu nie zaliczają więcej aż takich dolin). Więc to nie tak, że na „LTD.” nie ma dobrych rzeczy – są, tylko że prawie wszystkie da się od razu skontrować jakimś „ale…”.
Modest: Kojarzycie pinezkę, którą kręcili bohaterowie “Incepcji”, aby upewnić się, czy są jeszcze w którejś z faz snu, czy już w rzeczywistości? Jakkolwiek to zabrzmi, dla mnie WCK są właśnie tą pinezką. Uwielbiam muzycznie lawirować: raz leci Big Daddy Kane, a innym razem Young Nudy, w tym tygodniu słucham Z-Ro, aby w następnym włączyć Megan Thee Stallion. Do WCK zawsze wracam, kiedy chcę się upewnić, że wciąż jestem w hip-hopie. Tym najczystszej postaci. Jakby mnie spytano o uosobienie kultury hip-hop, odpowiedziałbym Ryfa Ri. Kiedy pomyślę o rapowym Stanisławie Grzesiuku, mówię: Mada. Kuba Knap nauczył polskich słuchaczy, czym jest country rap tunes, a potem całkiem świadomie wyszedł poza mainstream (do tego stopnia, że Kuban nie zaprosił go do sequela ich hitu z Quebonafide). Ostatnio włączyłem sobie jego “Łajz lajf” (gdzie w klipie pojawiają się choćby Mada i Skrubol) i uświadomiłem sobie jak bardzo ten numer opowiadał o mnie i mojej ekipie. Kuba, który wraz z Kaietanovichem i Grubym Józkiem odpowiada za świetne partie wokalne w utworach WCK. Kaietanovich, w którym wielu widziało następcę Mesa, porzucił rapowanie i odnajduje się w innych dziedzinach, ale na szczęście na sesjach nagraniowych WCK melduje się przed mikrofonem. A Gruby Józek? Fantastyczna postać. Na przedostatnim “Święcie Ławki” zaprezentował kilka numerów ze swojej płyty, która finalnie chyba nie wyjdzie. Cytując jegomościa, szukającego flag pod stacją metra w Warszawie: DLACZEGO!? Żałuję, że nie nagrałem tego występu, bo zrobiłbym z tego materiału jakiś bootleg i może w końcu za kilka lat bym się dorobił. W tych numerach było wszystko! Każdy z nich był o czymś. Zawierały niepopularne opinie, które algorytm YouTube by nienawidził i poruszały ważne tematy z całkiem ciekawej perspektywy. Choćby “rodzina” czy “patriotyzm”, tak często mylony z nacjonalizmem. A i uśmiechnąłem się kilka razy, słysząc poszczególne wersy.




